Wspomnienia Anieli Kuźmińskiej z domu Konsowicz

ur. 2 stycznia 1928, zm. 2 maja 2009
do 1943 roku zam. Wólka Markowicka, ostatnie zamieszkanie Brodzica k. Hrubieszowa
(wspomnienia spisane własnoręcznie, opracowane przez jej siostrzeńca ks. Leszka Adamowicza – e-mail: adleszek@kul.pl)


UCIECZKA Z WOŁYNIA

Dzień 11 lipca 1943 roku, niedziela. Dzień chmurny, pada drobny przelotny deszcz. Po porannych obrządkach w gospodarstwie (mieszkaliśmy w Wólce Markowieckiej) nie jedziemy do naszego kościoła parafialnego do miasteczka Łokacze oddalonego od naszej wioski o 7 km, ale jedziemy do sąsiedniej parafii Szelwów – 3 km od naszej wioski. Jedziemy we czworo: Mama (Jadwiga Konsowicz z domu Rudnicka), Tato (Zygmunt Konsowicz), ja (Aniela z domu Konsowicz, obecnie Kuźmińska) i moja siostra Teresa (z domu Konsowicz, obecnie Adamowicz). Dziadzio i Babcia (Rodzice Ojca: Karolina z domu Jankowska i Wincenty Konsowicz. Oboje zmarli w Hrubieszowie [Wincenty 1947, Karolina 1949]) zostają w domu. Po drodze zabraliśmy Panią Stasię i dwie dziewczynki Pani Genowefy Kaczan, żony kierownika naszej szkoły (on Walery Kaczan – porucznik rezerwy został zamordowany w Katyniu). Pani Genowefa została sparaliżowana po otrzymaniu wiadomości o śmierci męża. Pani Stasia była opiekunką chorej i jej dzieci.

Przyjechaliśmy do kościoła pół godziny wcześniej. Ludzie stali w małych grupkach i rozmawiali o mordach: że tu i tam kogoś zamordowano, gospodarstwa spalone i o tym, co nas czeka.
Kiedy dzwonek ogłosił rozpoczęcie nabożeństwa, wszyscy weszli do kościoła (kościół był na terenie niezabudowanym i dookoła były pola uprawne). Kiedy ksiądz stanął przed ołtarzem i zaśpiewał Asperges i kropiąc święconą wodą doszedł do drzwi wejściowych, zaterkotał karabin maszynowy tak blisko kościoła, że ksiądz z przerażeniem zatrzymał się, a wszyscy ludzie przerażeni spojrzeli na drzwi, ale nikt nie ośmielił się wyjść z kościoła. Ksiądz odprawił sumę i wszyscy szczęśliwie wrócili do swoich domów.

Była to krwawa niedziela w wielu kościołach: ludzie i księża zostali wymordowani, a kościoły spalone. 15 km od nas w miejscowości Kisielin banda ukraińska wymordowała ludzi, a kościół spaliła. Zginął tam syn ciotecznej siostry mojej mamy Bujalski. W Porycku w kościele zamordowano siostrę mojego Ojca Marcelinę Mrozowską z domu Konsowicz z 7-letnią córeczką Stasią (zginęło tam 500 osób). Mąż jej Władysław i jego rodzice zostali napadnięci w domu: rodzice zginęli, a Władysław ranny udał martwego i z trudem ocalał.

Wieczorem tej niedzieli, tak jak i w poprzednie dni, z sąsiadami omawiano, kto dziś pełni wartę i gdzie nocujemy, a były to miejsca w stodole, w oborze, na strychu, w stercie słomy, wszędzie, aby nie w mieszkaniu. Tylko Babcia i Dziadzio nigdzie się nie chowali - zawsze spali w domu pozamykanym na wszystkie spusty. Taka tułaczka trwała od połowy kwietnia 1943 roku, bo w okolicy były pojedyncze morderstwa i płonące łuny w każdą noc od pożarów wszczynanych przez bandy ukraińskie.
Tej nocy Mama, Tato i mała (niecałe 8 lat) Teresa spali w stodole, ja byłam u stryja na strychu obory razem ze stryjenką Bronią. Stryj Anastazy (Konsowicz) stał w oborze przy okienku i patrzył na podwórek, czy ktoś nie wchodzi, jak pies szczeka. Noc była chłodna.

Kiedy zaczął się robić dzień przyszliśmy do mieszkania. Ja i Teresa położyłyśmy się na łóżku, żeby jeszcze zasnąć. Tato usiadł przy oknie i palił papierosa, a Mama poszła doić krowy. Dziadzio i Babcia spali. Wtem przychodzi pod okno stryjenka, woła Tatę i pokazuje ręką na stodołę. Tato wstał i mówi, że coś się stało, bo „Zunia woła” i pokazując ręką na stodołę wyszedł z mieszkania. Ja też poszłam, bo byłam ubrana. Zobaczyłam, że poszli wszyscy za stodołę. Tam zobaczyliśmy widok nie do opowiedzenia. 

Był to poniedziałek 12 lipca 1943 roku. Palą się gospodarstwa polskie w kolonii o nazwie Zapust. Od naszej Wólki było to półtora kilometra. Pomiędzy Zapustem, a naszą wioską była mała wioska Krzemieniec – tam mieszkali Ukraińcy – tam była cisza. Najpierw myśleliśmy, że ogień jest przenoszony przez wiatr, ale po małej chwili zobaczyliśmy, że zapalają się zabudowania pod wiatr i słychać krzyk ludzi, ryk bydła i okropne szczekanie psów, do tego pojedyncze strzały. Tato i stryj powiedzieli jednocześnie: „Mordują Polaków, co robić, za parę minut przyjdą nas mordować. Chodźmy do pana Kowalczuka - tam się czegoś dowiemy”. Izydor Kowalczuk był Ukraińcem, ale to człowiek bardzo mądry, wykształcony, bogaty, więcej przebywał z Polakami. Z Ukraińcami nie miał żadnego towarzystwa. Był przed wojną 1939 roku wójtem w naszej gminie Chorów. Kiedy zobaczył na swoim podwórku Ojca i Stryja, z przerażeniem powiedział: „Panowie Konsowicze, uciekajcie, ładujcie na wozy co możecie, najpotrzebniejsze rzeczy i uciekajcie. Banda banderowców morduje wszystkich bez wyjątku. Ja też wyjeżdżam.” Mieszkał on w wiosce ukraińskiej, ale pierwsze zabudowania od naszej wioski dzieliła tylko droga, łatwo było do niego dojść. Jak Ojciec i Stryj wracali z powrotem, wszystkim sąsiadom mówili, że wyjeżdżamy.

Zaczęliśmy ładować na wozy. Mieliśmy dwa wozy, trzy konie i dwa źrebaki 6-miesięczne, trzy krowy i roczną jałówkę, świnie, owce, kury, psy. Wszystko to zostało bez opieki. Zapas zboża – niewiele brakowało do stu kwintali, wszystkie narzędzia rolnicze: żniwiarka, młockarnia, wialnie do zboża, saszki do ciężaru, meble, naczynia – wszystko to zabrali Ukraińcy.

Wóz, na który ładowaliśmy w tobołach związaną pościel i coś gotowego do jedzenia był lekki - wyjazdowy. Wóz ciężarowy o nośności trzech ton od czterech lat był schowany, bo zwolennicy okupanta chcieli go zabrać. Gdy został wydobyty z kryjówki, pomimo konserwacji, okazało się, że korozja zrobiła swoje. Ojciec wiele się namęczył zanim go uruchomił, naładował zboża na chleb, mąki, kaszy i zboża na karmę dla koni, a szczególnie tym małym źrebakom. Dwa silne konie uginały się pod ciężarem, łamały się orczyki, ale Ojciec miał na wozie wszystko na zapas. W lżejszym wozie był jeden koń. Zabraliśmy panią Genowefę Kaczan i jej dziewczynki i trochę jej rzeczy. Pani Stasia przy wozach szła pieszo, ja prowadziłam krowy.

Cała wieś, wszystkie wozy stały na drodze gotowe do odjazdu. Wartownicy zobaczyli, że ktoś biegnie od tej strony, gdzie się pali. Myśleli, że to bandyci. Po paru minutach zorientowali się, że to ktoś ucieka. I rzeczywiście, był to młody chłopak, 18 lat, Tadeusz Kicki. Bandyci zamordowali jego rodziców i siostrę. On ukrył się w zbożu, biegnąc do naszej wioski zwichnął nogę i tak o kiju jakoś do nas doszedł.
Mama jeszcze raz weszła do mieszkania, zdjęła Krzyż ze ściany, wyszła na drogę, przeżegnała Krzyżem cały transport, usiadła na wóz i ruszyliśmy w drogę. 

Była godzina 11. Jechaliśmy drogą polną, łąką, gdzie wozy grzęzły i orczyki się łamały, a kto miał słabe konie, to ludzie, którzy szli pieszo pchali wozy. Warta obserwowała, czy nie nadchodzą bandyci.

Mosty na rzece i małym strumyku były spalone, a most z cementowych bali rozebrany i zabrany. Jechaliśmy przez pięknie dojrzewający owies i znów polną drogą i przez polsko-ukraińskie wioski i kolonie, a po drodze dołączali do nas Polacy, którzy jeszcze nie byli napadnięci przez bandytów. Tak jechaliśmy 8 km do szosy Łuck - Włodzimierz Wołyński, a transport liczył 74 wozy. Kiedy dojechaliśmy do szosy wszyscy stanęli i zaczęła się narada dokąd jedziemy: do Łucka było 45 km, do Włodzimierza 35 km. Zdecydowano, że do Włodzimierza, bo bliżej centralnej Polski, a do Łucka w głąb Ukrainy. W stronę Włodzimierza na 12 km jest najbliższa stacja kolejowa Wojnica - tam są Niemcy, tam się zatrzymamy.

Przyjechaliśmy do Wojnicy i zobaczyliśmy niesamowity widok. Niemcy, którzy tu urzędowali zbudowali głęboki schron w ziemi, otoczyli wałem z ziemi i postawili wartowników. Jak zobaczyli tak duży transport, nie pozwolili się zatrzymać na ich placu i kazali jechać dalej do Włodzimierza, bo jest ich za mało, żeby bronić Polaków przed bandytami. Więc jedziemy w dalszą drogę, a słonko jest już nad zachodem. Gdy wyjechaliśmy z Wojnicy w odległości 2 km zobaczyliśmy straszny widok po prawej stronie szosy. Wielki pożar – pali się cała wieś Rudnia. Słychać jęki mordowanych ludzi, ryk bydła i szczekanie psów. Przerażający widok i wielki strach, bo i nasz transport mogą w każdej chwili okrążyć i wymordować. Po lewej stronie szosy, też do 2 km, wieś Róża - ten sam widok: pali się i bandyci ukraińscy mordują Polaków. Jedziemy w ciszy i wszyscy modlą się, aby szczęśliwie dojechać do miasta.

Dojeżdżamy do lasu, tak zwana Głęboka Dolina. Po obu stronach las i z góry w dolinę, a potem pod długą górę. Zapada noc i las, ciemno, nic nie widać, nikt nie świeci, nie jedziemy krokiem, a kłusem, biegiem. Konie, krowy, owce, psy i ludzie, którzy szli pieszo trzymają się wozów i biegiem. To było przeżycie nie do opowiedzenia. Szczęśliwie minęliśmy las, wyjechaliśmy na górę. Konie od zmęczenia chrapały, ale odpoczynku nie było. Jedziemy dalej, a dookoła czerwone niebo od palących się wiosek. Jeszcze godzina, jeszcze pół godziny, zaraz będzie Włodzimierz. Nikt nie czuje zmęczenia, nerwy i strach dodają siły. Wreszcie zobaczyliśmy oświetlone miasto. Ktoś zauważył duże pole zielonej wyki, transport się zatrzymał, każdy gospodarz miał na swoim wozie kosę i zapasowe sznury i łańcuchy, nakosili wyki, powiązali wiązki, objuczyli wozy i konie i szczęśliwie dojechaliśmy do miasta.

Wjazd do miasta przez most. Stoi niemiecka warta i zamknięty szlaban. Transport zatrzymał się. Wartownicy zawiadomili komendę ORS-komendę, aby przyjechała żandarmeria na rewizję, czy nie mamy broni. Zanim przyjechała żandarmeria to broń, którą mieliśmy, została zakopana pod mostem. Przyjechała żandarmeria i komendant miasta. Wpuszczali na most po jednej furmance. Rewizja w całym transporcie - nic nie znaleźli. 

Jedziemy ulicą Łucką. Jest ciemno. Nagle ktoś chwyta Ojca za rękaw. Ojciec powoził konie, ale prze wozie szedł pieszo. „Panie Konsowicz, proszę zajeżdżać na podwórko”. Ojciec rozpoznał mówiącą osobę, skręca w lewo i zajeżdża na podwórko. Zajeżdża jeszcze brat Ojca Anastazy, szwagier ojca Kajetan Dąbrowski, szwagra brat i jeszcze kilku sąsiadów. 

Podwórko było duże. Pani, która nas przyjęła w tej rozpaczy była to panienka z Wólki Szelwowskiej Leontyna Rynkiewicz. Wyszła ona za mąż za pana Barczewskiego i mieszkali we Włodzimierzu Wołyńskim. Pan Barczewski pracował jako kierowca samochodowy. Gdy stanęliśmy na podwórku, Ojciec najpierw napoił konie i krowy, Mama doiła krowy. Było to już po 12 w nocy. Wypiliśmy mleka z chlebem i było to dopiero śniadanie, obiad i kolacja, ale byliśmy szczęśliwi, że żyjemy i szczęśliwie dojechaliśmy do miasta. Mama pościeliła na ziemi koce, położyła pierzyny i Babcia, Mama, ja i Teresa pokładły się spać, a Tato i Dziadzio czuwali przy wozach. Pani Genowefa, dziewczynki i pani Stasia spali u pani Barczewskiej. Noc była ciepła.

Rano 13 lipca 1943 roku. Słońce ładnie wzeszło, jest ciepło, ale w sercach naszych jest wielki niezwyciężony żal: nie ma domu, jesteśmy pod gołym niebem, z całego dobrze zadbanego gospodarstwa nie ma nic, tylko to co na wozach, ale jednocześnie jesteśmy szczęśliwi, że cała rodzina jest cała i zdrowa i dziękujemy Bogu, że nas ocalił.
Nie możemy zamieszkać na tym podwórku, nie ma mieszkania, nie ma gdzie umieścić bagaży ani koni i krów, więc trzeba szukać mieszkania.

Stryjenka Zuzanna, bratowa Ojca, ma na ul. Lwowskiej siostrzenicę - państwo Majewscy. Poszła i prosiła ich, żeby ich przyjęli do swojego domu. Zgodzili się. Jadą, jedziemy i my. Mówi Ojciec, że będzie prosić, może i nas przyjmą, jadą też dwie rodziny Dąbrowskich. Przyjeżdżamy pod bramę. Pan Majewski wyszedł, bramę otworzył, stryj Anastazy wjechał i natychmiast Majewski bramę zamknął na klucz. Ojciec prosi, żeby na parę dni przyjął, dopóki nie znajdzie mieszkania. Majewski odpowiedział dwa słowa: „nie ma miejsca” i odszedł. Ojciec chwilę postał, popatrzył za nim, przyszedł do wozu i powiedział: „Ach, mój Boże, gdzież ja umieszczę przed nocą tych dwoje staruszków i te małe dzieci” i łzy popłynęły z oczu. A na to Mama powiedziała: „Zygmunt, nie płacz, nie martw się. Pan Bóg wyprowadził nas, osłonił od morderczej siekiery i nie pozwoli nam zginąć. Zaufaliśmy Panu Jezusowi i Jego Matce Maryi, a napewno nie zginiemy”. Ojciec postał chwilę, wsiadł na wóz. Jedziemy dalej ul. Lwowską, dojeżdżamy do ul. Ostrowieckiej. Ojciec zatrzymał się, wszystkie wozy stanęły. Dokąd jechać? Idzie mężczyzna chodnikiem i stanął przy wozie i mówi: „Panie, niech pan nie jedzie na lewo, bo zaraz koniec miasta i niedaleko jest duża ukraińska wioska Ostrówek i tam się mieści sztab bandycki. Niech pan jedzie na prawo, tu miasto i są gospodarze. Może ktoś was przyjmie”. 

Ojciec podziękował i jedziemy dalej. W pewnym momencie zauważył z prawej strony ulicy dom, podwórko, obora i stodoła. Zatrzymał się i mówi: „Pójdę do tego domu i zapytam, może nas tu przyjmą”. Mama trzyma lejce, bo konie rwą, bo jest gorąco, Ojciec rozmawia z gospodynią domu. W tym momencie po lewej stronie ulicy z małego pięknego domku wychodzi kobieta z wiaderkiem do pompy, idzie pomału, nie zatrzymuje się i mówi do Mamy: „Niech pani idzie za mną dwa kroczki, coś powiem. Mama oddała mnie lejce, aby trzymać konie i poszła za tą kobietą. Kobieta nie odwróciła się do Mamy. Idąc przodem mówi tak: „Widzę, że chcecie państwo zamieszkać w tym gospodarstwie, bo pan zszedł z wozu i poszedł zapytać. Ja wam mówię szczerze: nie idźcie tam mieszkać. To są Ukraińcy, a u nich w stodole na sianie śpią bandyci, którzy w nocy chodzą mordować Polaków, pobiją was i nikt nie będzie wiedział, gdzieście się podzieli. Mnie wody nie potrzeba, ja wylałam pełne wiadro wody do ogrodu, ale idę po wodę, żeby was ostrzec przed niebezpieczeństwem. Jedźcie dalej. Przy końcu tej ulicy po prawej stronie przy chodniku stoi pusta obora, bardzo duża. Należy do młyna. Tam na pewno was przyjmą.” Mam wróciła do wozów i mówi do Ojca: „Co dowiedziałeś się?” Ojciec mówi, że można zajeżdżać na podwórek. Mama powtórzyła, co powiedziała nieznajoma pani z wiaderkiem. Ojciec bez namysłu wsiadł na wóz, jedziemy dalej. 

Dojeżdżamy blisko końca ulicy. Jest obora, duża, drewniana, w dobrym stanie. Ojciec zatrzymał się, wszedł na podwórek. Gospodarz był na podwórku, pozdrowił go: „Dzień dobry Panu”, a on odpowiedział: „Dobreho zdorowia”. Był to Ukrainiec Chrzanowski. Ojciec prosi, żeby przyjął nas do szopy, a on wyszedł na ulicę, popatrzył na wozy i mówi: „Zajeżdżajty, wsi zmistytysi” („zajeżdżajcie, wszyscy zmieścicie się”). Wjechały na podwórek wozy: dwa nasze i dwie rodziny Dąbrowskich, konie, krowy i wszystkie bagaże zmieściły się w tej szopie. Wszystko pod dachem, ale mieszkania nie mamy. Pierwszą noc spaliśmy w szopie. 

Gospodyni pani Chrzanowska, chociaż Ukrainka, była dobrą kobietą. Mieszkanie miała: mała kuchenka i mały pokoik, a rodzina sześć osób, w tym czworo małych dzieci. Odstąpiła nam łóżko w pokoju. Spaliśmy we trzy: ja, Mama i Teresa. Tato, Babcia i Dziadzio spali w szopie. Po kilku dniach udało się umieścić Babcię i Dziadzia w niedalekim sąsiednim domu. W letnim ganeczku wstawił Tato dwa łóżka i dziadkowie chodzili tam na noc, a jak było bardzo zimno i deszcz, to Mama tam nosiła jedzenie i tak mieszkaliśmy do połowy października. Posiłki gotowaliśmy na kuchni zbudowanej na dworze. Zima się zbliża, mieszkania nie ma. 

Po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko naszej szopy jest duży dom państwa Potrasiewiczów. Mieszkają w nim cztery rodziny, jedna (Kozikowscy) wyjeżdża za Bug. Pan Kozikowski prosi Ojca, żeby zawieźć rodzinę i bagaż do Uściługa nad Bug, stamtąd jakoś sobie poradzi, a za to odda swoje mieszkanie. Do miasta Uściług 12 km, część drogi przez las i grasuje banda ukraińska. Mama i Dziadzio nie chcą, żeby Tato jechał, bo niebezpiecznie, zabiją, ale Tato mówi, że zima się zbliża, mieszkania nie ma: „pojadę, będę się modlił, a Pan Bóg mnie ocali i wy proście Boga, żeby mnie szczęśliwie powrócił”. Rano Ojciec naładował rzeczy na wóz i odjechał. Cały dzień modliliśmy się i płakali o szczęśliwy powrót. Noc się zbliża i nie ma. Ciemno i nie ma. Stoję na ulicy i czekam. Naraz słyszę turkot wozu. Jedzie! Wpadam z krzykiem do nowego domu: „Tato jedzie!” Radość wielka. Tato szczęśliwie wrócił i mamy ciepły duży pokój i małą kuchenkę. Dziękujemy Bogu za ten dar łaski dla naszej rodziny. I tak mieszkaliśmy całą zimę: rok 1943 i początek roku 1944.

Parę słów o tym, jak przyjechaliśmy do Włodzimierza. Po paru dniach, może tygodniu, Niemcy zorganizowali samoobronę. Powołali ochotników Polaków, którzy uciekli od mordującej siekiery i chcą bronić swoich rodzin w zdobywaniu żywności. Była to policja nazywana „szucmani”. Dali im broń, a komendantem był Niemiec. Na wyznaczony plac przyjeżdżały furmanki, przychodzili piesi. Samochodem przyjeżdżali „szucmani” ze swoim komendantem i cały transport wyruszał w określonym kierunku za miasto na pola pełne wszelakiego rodzaju plonów. Ukraińców wkoło Włodzimierza nie było. Wioski do 1o km, a nawet więcej były puste, zboże, ziemniaki, trawy, siano - wszystko było na polach niekoszone. Uciekinierzy od mordującej ukraińskiej siekiery pod ochroną „szucmanów” jechali na pola, kosili zboże, ładowali na wozy, przywozili do Włodzimierza, cepem na podwórku młócili i było ziarno na chleb i karmę dla koni, a krowy pasły się na najbliższych łąkach. Ci ludzie, którzy nie mieli wozów młócili na polu i na plecach nieśli do Włodzimierza. Kopali ziemniaki, zbierali warzywa, z sadów owoce i tak się żywili. Nie zawsze taki wypad się udawał. Podchodzili bandyci ukraińscy i strzelali. „Szucmami” nas osłaniali, ale dawali rozkaz do wycofania się, bo zginiemy. Kto co zdobył, a nie zdążył załadować zostawiał i uciekał.

Takich nieszczęśliwych wypadów było bardzo dużo. Jak wyjeżdżaliśmy z Ojcem na wypad, to Mama i Dziadkowie cały dzień myśleli tylko o tym, czy szczęśliwie wrócimy. Ale jechać trzeba było, bo trzeba jakoś przeżyć tę biedę i tak było do samego mrozu. Na polach był już mały mróz, a ludzie jeszcze zbierali zboże i ziemniaki pod ochroną „szucmanów”. Placówki „szucmanów” były rozmieszczone dookoła Włodzimierza, żeby uchronić miasto od napadów bandyckich. Wczesną wiosną 1944 roku zaczęło się kopanie okopów w celu zatrzymania cofającego się frontu niemiecko-sowieckiego. Niemcy łapali młodych ludzi na ulicach, sołtysi w swoich rejonach wyznaczali robotników do kopania okopów, samochodami dowozili na oznaczone miejsce i tam kopali. Każdy robotnik miał wyznaczony odcinek. Na obiad Niemcy dawali chleb i margarynę. Każdego dnia po pracy Niemcy dawali kwitki wielkości znaczka pocztowego. W sobotę na podstawie znaczków można było kupić kilogram mięsa wołowego, ale nie zawsze, bo brakowało. 

I tak było aż do zbliżenia się frontu do Włodzimierza Wołyńskiego. Jak Niemcy opuszczali Włodzimierz ogłosili ewakuację cywilnej ludności, żeby wyjeżdżać za Bug. Baliśmy się zostać we Włodzimierzu, żeby Ukraińcy znowu nie zaczęli mordować. Nie wiedzieliśmy kto z ruskim frontem idzie. Wyjechaliśmy do Hrubieszowa.

W Hrubieszowie na przedmieściu Sławęcin u gospodarza pana Konowała mieszkaliśmy parę dni, dopóki front wojskowy przesunął się pod Lublin. Po rozmowie z żołnierzami sowieckimi i polskim wojskiem, zapewnili nas, że Ukraińcy już mordować nie będą. Wróciliśmy z powrotem do Włodzimierza.
Mieszkaliśmy jeszcze we Włodzimierzu jeszcze trzy tygodnie. Tato niewiele wychodził na ulicę, bo był chory. 

Mama pewnego ranka wyszła na główną ulicę Łucką i zobaczyła wojskowy samochód pełen żołnierzy polskich. Po polsku rozmawiają i w polskich mundurach. Oficer czyta im jakiś rozkaz. Mama chwilę czekała. Kiedy skończył, podeszła do oficera i poprosiła o chwilę rozmowy. Najpierw zapytała, dlaczego jest polskie wojsko przy wojsku sowieckim. Oficer wszystko dokładnie opowiedział, jak powstało i gdzie i z jakich rodzin, potem zapytał Mamę, skąd jest i dlaczego tu mieszka. Mama opowiedziała wszystko. Na koniec oficer powiedział tak: „Proszę pani, proszę wyjechać za Bug, bo w bardzo krótkim czasie na Bugu będzie granica polsko-rosyjska. Polacy tu nie będą, będą przesiedleni do Polski. Tu będą sami Ukraińcy i Rosjanie. Polacy, którzy zostaną muszą przyjąć obywatelstwo rosyjskie.”

Mama podziękowała oficerowi i wróciła do domu z wielką nowiną, opowiedziała Tacie i zaraz na drugi dzień naładował rzeczy na wóz i zawiózł Mamę i siostrę Teresę za Bug do wioski Rogalin i wrócił po resztę rzeczy i Dziadzia i Babcię i mnie. Ja znowu prowadziłam krowę. Dojechaliśmy do Rogalina do Mamy, tam nocowaliśmy i tej nocy o godzinie 12 została zamknięta granica. Wstaliśmy rano i dowiedzieliśmy się, że granica zamknięta. Żebyśmy się spóźnili jeden dzień, byłaby rodzina rozdzielona: Mama i Teresa w Polsce, a ja, Tato i Dziadkowie w Rosji.

Przyjechaliśmy do Hrubieszowa na przedmieście Sławęcin i zamieszkaliśmy u gospodarza.


Strona o Wólce Markowieckiej

---------------

Wybór wspomnień.

podstrona jest częściąwww.wolyn.ovh.org

inne strony O KRESACH