Rodzina Jesionczaków z Woli Ostrowieckiej. Wszyscy zostali zamordowani przez Ukraińców. (źródło: IPN Lublin)

Więcej (drastycznych!) zdjęć z ekshumacji na stronie kresy.pl


RELACJE ŚWIADKÓW MORDÓW MIESZKAŃCÓW WOLI OSTROWIECKIEJ

 (jest to kopia ze strony...)

---

RELACJA MARIANNY SOROKI (fragment).


Nazywam się Marianna Soroka. Urodziłam się 8 września 1908 roku we wsi Wola Ostrowiecka, powiat Lubomi, woj., Wołyń w rodzinie chłopskiej. W roku 1943 byłam matką pięciorga dzieci: Stanisława – lat 15; Edwarda – lat 12; Janka – lat 10; Leona –lat 6 i Józefa 1,5 roku. Mój mąż Stanisław był rolnikiem 8-hektarowego gospodarstwa rolnego. Żyło się nam chociaż ubogo, ale spokojnie i szczęśliwie.

Kiedy wracam myślą do tamtych czasów, do tamtych dni, to słyszę gwar moich kochanych dzieci, który wypełniał cały dom. Gdzież one są? Odeszły tak nagle. Mój Boże. Trudno mi wspomnieć tamte dni. Była niedziela, 29 sierpnia 1943 roku. Poszłam do kościoła na Ostrówki, bo tam była nasza parafia, na sumę, na godzinę 11-tą. Ksiądz Dobrzański podczas kazania podał do wiadomości wiernych, że Ukraińcy szykują się do mordowania Polaków we wsiach Wola Ostrowiecka i Ostrówki. Ostrzegł swoich parafian, aby czuwali, bo nigdy nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Całą noc czuwaliśmy, bo właśnie w nocy spodziewaliśmy się napaści Ukraińców na naszą wioskę.

Noc minęła spokojnie. Nadszedł zwykły dzień, poniedziałek 30 sierpnia 1943 roku. Wraz ze wschodem słońca robiłam obrządek w gospodarstwie wraz z mężem. Dzieci spały.

Tymczasem we wsi działy się dziwne rzeczy. Do wsi wola Ostrowiecka od strony zachodniej wkroczyły zwarte oddziały Ukraińców na koniach i pieszo, uzbrojone w karabiny i pistolety. Nikt we wsi nie spodziewał się, że Ukraińcy w biały dzień mogli wkroczyć do wsi. Tego jeszcze nie było. Zobaczyłam Ukraińca na koniu, który jechał w kierunku naszego domu. Ogarnęła mnie trwoga, ale zachowałam spokój. Mój mąż Stanisław krzątał się po podwórku. Ukrainiec na koniu zbliżył się ku nam, pozdrowił i zawiadomił nas, żeby mężczyźni stawili się na zebranie na placu szkolnym. To jest obowiązek. Cóż było czynić. Stanisław przebrał się, coś niecoś się posilił i udał się na to zebranie, z którego już nigdy nie powrócił. Został wraz z innymi zarąbany siekierami i wrzucony do rowu za stodołą Strażyca.

Nie upłynęło wiele czasu, kiedy znowu pojawiło się tym razem dwu konnych Ukraińców, którzy tym razem wzywali wszystkich mieszkańców na zebranie na plac szkolny.

W przeczuciu zagrożenia wysłałam syna Edwarda- lat 12 z krowami na pastwisko. Do chłopaka strzelano, lecz dzięki opatrzności Bożej uszedł z życiem. Ukrył się w zaroślach, ja zaś z czwórką pozostałych dzieci udałam się wraz z sąsiadami na to zebranie. Tymczasem Ukraińcy – mordercy nie zapędzili nas na szkolny plac, lecz do stodoły sąsiada i tam nas zamknęli. Spośród nas wybierali mężczyzn i pędzili pod eskortą. A kiedy już nie stało mężczyzn, zabierali kobiety i dzieci i pędzili pod eskortą uzbrojonych bandytów w nieznanym kierunku. Nie wiem o której godzinie, ale było to chyba grubo po południu, rozległy się strzały z broni maszynowej od strony południowej wsi Wola Ostrowiecka.

Wśród Ukraińców powstał popłoch. Już nie wyprowadzali ze stodoły grupki kobiet i dzieci, ale zaczęli strzelać do zebranych w stodole. Powstała panika wśród zebranych w stodole. Wielu zginęło od pierwszych strzałów. Trójka moich dzieci: Stanisława, Janek i Leon, została zabita przez Ukraińców-morderców. Ja zaś ze swoim najmłodszym synkiem na ręku wybiegłam ze stodoły. Biegłam, biegłam. Usłyszałam huk i w tym samym czasie okropny krzyk mojego dziecka Józia. Upadłam trzymając dzieciaka na ręku. Poczułam ból w ramieniu lewej ręki. Krew sączyła się z rany. Kula dum-dum przeszyła mięsień i kość ramienia lewej ręki. Nie zdawałam sobie sprawy, czy mój syn Józio żyje, czy tez nie. Byłam bardzo osłabiona z upływu krwi.

Nie pamiętam ile trwało to omdlenie. Wkrótce poczułam pragnienie, więc zaczęłam się czołgać. Na moje szczęście pojawi się cudem ocalały brat mojego męża Aleksander Soroka. On to przyniósł mi wody, która ugasiłam moje pragnienie. Lecz wkrótce znów straciłam przytomność. Obudził mnie z omdlenia właśnie szwagier Aleksander. Poprosiłam Aleksandra, aby poszedł do mojego mieszkania, wziął prześcieradło i pociął na bandaże i owiną moja ranę. Wkrótce Soroka Aleksander przyniósł płótno-prześcieradło i naftę.

Naftą wydezynfekował ranę i owinął czystym płótnem. Poczułam ulgę. Postanowiłam dowlec się do swojego domu, by tam umrzeć. Cóż mi pozostało. Ci, których kochałam najbardziej odeszli na zawsze. Chciałam się z nimi połączyć tam, na drugim Świecie, u pana Boga....”



NAJTRAGICZNIEJSZE CHWILE MOJEGO ŻYCIA.

  RELACJA HENRYKA KLOCA


Był rok 1943 – czwarty rok czarnej nocy okupacji hitlerowskiej. Być Polakiem w tym okresie, to żyć w ustawicznym strachu i niepewności; dniem i nocą czyhała na nas Polaków śmierć.

Miałem wtedy 13 lat, mieszkałem na wołyńskiej wsi Wola Ostrowiecka; wszyscy jej mieszkańcy byli Polakami. Była to wieś o zabudowie zwartej; Domy i zabudowania stały jeden obok drugiego, 200 numerów. Większość zabudowań była kryta słomą.

Mieszkańcy tej wsi żyli zgodnie i przyjaźnie, zarówno między sobą, jak i z mieszkańcami sąsiednich wsi ukraińskich. Pamiętam, że jako pastuch krów przyjaźniłem się z chłopcami i dziewczynami – pastuchami Ukraińcami. Nic nie zapowiadało tragicznych wydarzeń, jakie nastąpiły w pamiętnym sierpniu 1943 roku.

Po wkroczeniu Niemców na polskie Kresy Wschodnie, Ukraińcy podjęli wielostronną z nimi współpracę; wstępowali masowo w szeregi policji i żandarmerii. Niemcy wysługiwali się nimi przy mordowaniu Żydów, jeńców sowieckich, jak tez Polaków. Prowodyrzy i agitatorzy ukraińskich szowinistycznych organizacji nie próżnowali; szerzyli zapożyczoną ideologię faszystowską i najgorsze wzorce postępowanie przejęte od nazistów, wśród prostego chłopstwa ukraińskiego, budząc w najniższe zwierzęce instynkty.

Do grona tych propagatorów szowinistycznych haseł weszli, hańbiąc swój stan księża prawosławni i grekokatolicy. Oni to z ambon szerzyli nienawiść do Polaków, później święcili narzędzia zbrodni i rozgrzeszali zbrodniarzy. Nastroje ulegały szybko zmianom; my, dzieci przestaliśmy się bawić razem na pastwiskach; dorośli Ukraińcy gromadzili broń. Ukraińscy policjanci i żandarmi będący na służbie okupanta dezerterowali wraz z całym ekwipunkiem, kradziono i rabowano też broń z magazynów, a było jej sporo porzuconej przez kolejne wycofujące się armie.

Żyliśmy w ciągłym napięciu. W dzień Niemcy rekwirowali żywność i przeprowadzali „łapanki”; młodzież wywozili do Niemiec na roboty. W nocy Ukraińcy podobnie jak Niemcy rekwirowali żywność oraz konie z wozami. Przed jednymi i drugimi kryliśmy się, utworzono też grupę samoobronną, która czuwała i ostrzegała przed niebezpieczeństwem. Co noc z dala słychać było strzały, a grozę potęgowały łuny pożarów. Pojawiły się też, wypisywane na parkanach groźby i obelgi. Krótkie noce lipcowe i sierpniowe były pełne grozy i niepewności; spaliśmy w ubraniach, czuwając.

29 sierpnia 1944 r., a była to niedziela, nie pasłem krów, wyręczyła mnie w tym moja mama. Dzień spędziłem w gronie przyjaciół, a było nas razem sześciu trzynastolatków. Kto mógł przewidzieć, że tylko ja przeżyję następny dzień ? Tej nocy 29/30 sierpnia mieszkańcy wioski Wola Ostrowiecka nie poszli spać.

Doszły nas wieści, że w sąsiadujących z nami wsiach ukraińskich utworzyło się duże zgrupowanie Ukraińców okazujących wrogą postawę w stosunku do Polaków. Dzisiaj po latach, wiem, że tłumy Ukraińców przepojone nienawiścią do Polaków, wznoszące okrzyki w rodzaju: „Hajże na Lachiw, budem ich rizaty” to ukraińska tzw. „powstańcza armia”, która uciekając przed Armia Czerwoną parła na zachód, by zapaść w wertepy Bieszczad, urządzić sobie tam legowisko i czekać na trzecią wojnę światową.

Wszyscy mieszkańcy wioski trwali całą noc w pogotowiu, by bez zwłoki opuścić wioskę, jeśli ta ukraińska horda ją zaatakuje. Wystawiono czujki, które miały uprzedzić nas o ewentualnym zagrożeniu.

Noc miała się ku końcowi – świtało. I wtedy właśnie, na tle porannej zorzy, wyłonił się zwartym tłum Ukraińców, który zmierzał od ukraińskiej wsi Sokół, do również ukraińskiej wsi Przekórka. Ten manewr Ukraińców wprowadził naszą samoobronę w błąd. Odwołano alarm. Tymczasem Ukraińcy zmienili kierunek i weszli do wsi od strony, z której ich się nie spodziewano. Były to oddziały zwarte uzbrojone w broń maszynową i karabiny pochodzenia niemieckiego i radzieckiego.

Zachowanie tych ludzi nie zapowiadało nic złego. Można powiedzieć, że okazywali mieszkańcom wioski dużą życzliwość, nawet dzieci częstowali cukierkami. Pamiętam, podszedł do mnie młody Ukrainiec, pogładził po głowie, zapytał jak się nazywam, ile mam lat, gdzie mieszkam, a wszystko to z życzliwym uśmiechem Rozpoczął się prawie normalny dzień życia wsi, tyle, że czuło się jakąś grozę.

Około godz.8-mej wyznaczeni bojówkarze chodzili po wsi i wzywali mężczyzn od lat osiemnastu do sześćdziesięciu, by udali się na plac przed szkołą; sprawdzali każdy dom i zabudowania, by nikt się nie ukrył. Kiedy wszyscy mężczyźni znaleźli się na boisku szkolnym, zostali otoczeni przez uzbrojonych Ukraińców.

Między godziną 10-tą a 11-tą do zebranych przemówił watażka tej ukraińskiej hordy, czyli, jak to się dzisiaj mówi dowódca oddziału ukraińskiej „powstańczej armii”. Mówił po ukraińsku. Sens wypowiedzi był następujący: Ukraińcy pragną razem z Polakami walczyć przeciw Niemcom. Oni przyszli do naszej wioski, aby dokonać naboru mężczyzn zdolnych do walki. Tych uzbroją i razem wyruszą przeciw Niemcom. Mówił to tak porywająco i przekonywująco, jak to czynili politrucy sowici, że niektórzy słuchacze uwierzyli w ich zapewnienia. Następnie powiedział, że będą brać po sześciu mężczyzn na badania lekarskie i sprawnościowe, następnie zdrowych i zdolnych umundurują, uzbroją i utworzą polski oddział, obok oddziałów ukraińskich, w celu włączenia się do walki z Niemcami, których koniec jest bliski.

Tak też się stało. Co pewien czas uzbrojeni Ukraińcy odprowadzali grupę sześciu mężczyzn w nieznane nam miejsce. Teraz już wiemy, że była to dwuklepiskowa stodoła gospodarza Strażyca; że tam inna grupa Ukraińców wykopała przy stodole dwa rowy o głębokości 2 m i szerokości 2,5 m i długości 8 m. Do tej stodoły wprowadzano przyprowadzonych mężczyzn, tam ich mordowano bez użycia broni palnej, a zwłoki wrzucano do tych rowów.

Kiedy odprowadzano już wszystkich mężczyzn na boisku szkolnym pozostały kobiety, dzieci i osoby w starszym wieku. Teraz już, bez żadnych skrupułów, brutalnie wtłoczono nas wszystkich do budynku szkolnego, skąd kilkunastoosobowe grupy pędzono pod eskortą w nieznane nam wówczas miejsce. Mimo, że dochodziły do nas stamtąd żadne odgłosy mieliśmy już świadomość, że Ukraińcy chcą nas wszystkich wymordować. Wiedzieliśmy, że zostaniemy zamordowani i że to za chwilę nastąpi. Przygotowywaliśmy się na śmierć przez modlitwę, spowiedź składaną na ręce matki, która udzielała nam rozgrzeszenia, przez zbiorowe odmawianie różańca z prośbą do Najświętszej Marii Panny, by nam dała lekką śmierć. Było nas w tej gromadzie czworo: mama, siostra Ania – lat 16, siostra Antosia – lat 20 i ja – lat 13. Kiedy skończyliśmy odmawiać druga bolesną część świętego różańca, mama pobłogosławiła nas i dała nam święte obrazki. Ja dostałem obrazek z Aniołem Stróżem, który przeprowadza przez wąską kładkę położoną nad rwącą rzeką dwoje małych dzieci. Z nim to przeszedłem przez śmierć do życia, bym mógł teraz zdać Światu relację z tych zbrodni.

Była chwila ciszy; czekaliśmy na swoją kolej, zostało nas już tylko około 100 osób: kobiet, dzieci i starców. Do stojących przy drzwiach uzbrojonych morderców podeszła jedna z kobiet – matka trojga dzieci i zwróciła się do nich z prośbą: „Patrzcie, została nas mała garstka, pozwólcie nam żyć. Spójrzcie na te dzieci, one są niewinne, ich oczy błagają o litość, miejcie więc litość dla nich”.

Wtedy jeden oprawców powiedział – oczywiście po chachłacku – (w przybliżeniu): „Wy Polacy. My was wszystkich wyrżniemy, a wasze domy spalimy. Nic po was nie zostanie”. W odpowiedzi na te okrutne słowa ta kobieta rzuciła w twarz oprawcom przekleństwo: „Bądźcie przeklęci po wszystkie czasy. Niechaj krew naszych niewinnych dzieci spadnie na was, na wasze dzieci, wnuki i prawnuki”.

W pewnej chwili dały się słyszeć od strony południowej wsi strzały z broni maszynowej. Pilnujący nas Ukraińcy wpadli w popłoch, wybiegli na zewnątrz, drzwi szkoły zamknęli. Zaświtała nam nadzieja, że mordercy w popłochu uciekną. Niestety przyspieszyło to tylko decyzję dokończenia zbrodniczego dzieła. Mordercy zrezygnowali z mordowania pojedynczo każdej osoby z osobna i postanowili załatwić to zbiorowo. Do izb lekcyjnych, w których byliśmy zgromadzeni, zaczęto wrzucać granaty i strzelać z pistoletów maszynowych. Już pierwsze strzały i wybuchy granatów zabiły część osób - innych poraniły. Znaleźliśmy się jak gdyby w kręgu piekielnych czeluści: jęk rannych, płacz dzieci, rozdzierający krzyk matek, huk strzałów, wreszcie dym. Zbrodniarze spod znaku tryzuba podpalili budynek szkolny. W upalny sierpniowy dzień płonął jak pochodnia; ci jeszcze żywi znaleźli się w pułapce bez wyjścia skazani na śmierć w płomieniach. Nie sposób wyrazić słowami grozy tej sytuacji, język jest tu zbyt ubogi.

Mnie śmierć jakoś omijała. Leżałem na podłodze rozpłaszczony do granic możliwości. Obok leżała sąsiadka Bohniaczka. Rozległ się kolejny huk. Granat ja rozszarpał. Jej krew i poszarpane ciało chlusnęło na mnie. Byłem w szoku, podczołgałem się do mojej siostry Ani. Potrąciłem ją. Już nie żyła. Kula u wylotu z czaszki wyrwała duży otwór. Otępiałem, straciłem poczucie rzeczywistości. Podniosłem głowę i ujrzałem leżącą i krwawiąca matkę. Jeszcze żyła. Jeszcze raz przytuliłem się do matki. Była przytomna, ofiarowała mnie Bogu i Najświętszej Marii Pannie, bo tylko cud Boski mógł mnie wyprowadzić z tych piekielnych czeluści. Mama nie mogła się poruszać, granat rozszarpał jej stopy, krwawiła, spłonęła żywcem. Nie pamiętam, jak znalazłem się w drugiej izbie lekcyjnej. Na podłodze strzępy ludzkich ciał i dużo, bardzo dużo krwi.

Nie miałem już nikogo z najbliższych, zapragnąłem też umrzeć, zacząłem krztusić się dymem, pomyślałem: nałykam się dymu, uduszę i będzie koniec. Ale, gdzie tam, zakrztusiłem się raz i drugi i nic. A tymczasem zaczął płonąć strop budynku, zrobiło się ogromnie gorąco. Przeraziłem się tego ognia, lada chwila ten płonący strop mógł runąć na mnie. W ostatniej chwili wyskoczyłem przez okno. Rozległ się strzał, upadłem, poczułem silny ból, czoło zaczęło krwawić. Żar bijący od płonącego budynku zmuszał mnie do odczołgiwania się od niego. Leżałem w ogrodzie szkolnym pełnym trupów i rannych. Ciężko ranni błagali oprawców, by ich dobili. Ukraińcy z ogromną pasja pastwili się nad rannymi, kiedy na to patrzyłem chciałem wstać i krzyczeć. Strach przykuł mnie do ziemi, bałem się już nie śmierci lecz tych męczarni, jakie oni rannym zadawali. Byłem cały umazany krwią cudzą i własną. Trzykrotnie przewracali mnie i kopali, ale nie zorientowali się, że jeszcze żyję.

Obok mnie leżała kobieta – Maria Jesionek, matka trojga dzieci, dwóch synów, jeden ośmio, drugi pięcioletni i niemowlę ośmiomiesięczne. Ona też wyskoczyła z płonącego budynku wraz z dziećmi tuż przede mną. Morderca ugodził ją kulą, leżała martwa na swym uduszonym niemowlęciu. Jej ośmioletni syn został też zastrzelony, ten zaś pięcioletni siedział tuż martwej matce, szarpał ją i wołał „ Mamo wstawaj, chodźmy do domu – płakał”. Podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i strzelił. Dzieciak przewrócił się na plecy matki, a przywarłszy do jej pleców swoje plecy, wyciągnął ręce do góry jak w modlitwie.

Był to dla mnie koszmar, który tkwi we mnie po dzień dzisiejszy. Dochodziły mnie też inne głosy z różnych stron wioski. To towarzysząca ukraińskiej „powstańczej armii” tłuszcza wdarła się do opustoszałych domów i zabudowań i rabowała wszystko, co tylko było w obejściu, a kiedy już wszystko zagrabili podpalili domy i zabudowania.

Leżałem nieruchomo we krwi. Z płonącego budynku buchał okropny żar, czułem, że moje nogi są płonącymi głowniami. Czułem, że muszę odczołgać się dalej od buchającego żaru. Poruszyłem się. Padł strzał i poczułem dotkliwy ból w okolicach kręgów lędźwiowych. Pomyślałem, że to już koniec. Dla zlokalizowania źródła bólu lekko się poruszyłem, okazało się ani krzyż, ani brzuch nie były uszkodzone. A więc żyję! Mój Boże!

Leżałem, nadal udawałem martwego, czekałem. Zwolna cichły głosy zwycięskich „żołnierzy” UPA. Słońce chyliło się ku zachodowi. Podniosłem głowę. Nikogo nie było w pobliżu. Tylko ja – żywy pośród zmarłych. Dźwignąłem się z trudem stanąłem na oparzonych stopach. Zdjąłem przesiąkniętą krwią koszulę, podarłem ją na onuce i zawinąłem nimi obolałe stopy. Ze zgrozą obejrzałem leżące tam zmasakrowane trupy. Tuż na styku palącego się budynku a ogródka rozpoznałem głowę mojej starszej siostry Antoniny, tułów został spalony na węgiel. Niczego już nie czułem, prócz bólu stóp i ogromnego pragnienia. Powlokłem się do pobliskiej studni z żurawiem, chciałem zaczerpnąć wody. O zgrozo. Studnia była pełna trupów.

Coś mnie przykuwało do tego miejsca zbrodni. Nie mogłem się ruszyć. Stałem tak ogarnięty zgrozą i rozpaczą, nie mogłem tego pojąć i do dziś pojąć nie mogę, jak ci ludzie mogli dokonać tak okrutnej zbrodni ? 


RELACJA ALEKSANDRA PRADUNA


Wieś Ostrówka położona była wzdłuż drogi od wschodu. Od strony Lubomia ku Głuszczy na zachodnie. Od strony wschodniej był dwór i las pański oraz państwowe byrki. Od południowo-wschodniej był też las pański i część zwana Kaznopołem. Od południa w odległości około trzech kilometrów znajdowała się wieś Nowy Jagodzin i Jankowce. Od strony północnej była wieś Wola Ostrowiecka. Między dwoma lasami w stronę Jagodzina była równinna ziemia orna.

W niedziele 29 sierpnia 1943 r. na mszy ksiądz Dobrzański przypomniał, że ktoś go poinformował, ze nasze polskie wioski mają być napadnięte przez „bulbowców”. Niektórzy z Woli Ostrowieckiej przyszli na noc do swych krewnych czy znajomych do Ostrówek. Była tam także z dziećmi moja ciotka z Jesiończaków, zwanych krukami, która zatrzymała się w drodze do Jagodzina. W poniedziałek 30 sierpnia 1943 r. o świcie zaczęła się strzelanina od strony leśnych ostępów. Ludzie w panice biegli w stronę Jagodzina, bliżej ku stacji kolejowej.

Strzelający długimi seriami z broni maszynowej wzięli w krzyżowy ogień uciekających równina ludzi. Chciano ich zatrzymać. O ucieczce nie było mowy. W tym samym czasie za wsią ukazali się na koniach jeźdźcy, którzy grzecznie zawracali uciekających. Uciekałem razem z mamą. Znaleźliśmy się w bruzdach ziemniaczanych około 400 metrów od budynków. Leżąc mówiliśmy, że gdy przestaną strzelać, to będziemy uciekać do Jagodzina. O tej porze żadnych zbóż nie było. Leżąc w tych bruzdach byliśmy widoczni dla bulbowców na koniach. Podjeżdżali i spędzali ludzi na zebranie do wsi. I oto jeden z nich podjeżdża do nas na białym koniu z karabinkiem w ręku i zawieszonymi na piersiach taśmami amunicji. Mówi do nas „ wstawajte i ne ucekajte. Idyte do sela. Tam bude sobranie”.

Wstaliśmy z mamą a on czekał, aż my pójdziemy do wsi.

Konni, jeżdżąc poza wsią, nie pozwalali uciekać ludziom w stronę Jagodzina. Zawracali na owe zebranie. Wracając z mamą do wsi, do domu, wyszliśmy na szosę, patrzymy, stoją grupki ludzi i radzą, co robić dalej. Nie wiedzą, co począć. Jedni mówili, że oni spędzą nas i wymordują, inni, że to niemożliwe, bo „bulbowcy” podchodzili i grzecznie zapraszali na zebranie do szkoły. Potem odchodzili, jakby nic nie miało się stać. Wróciliśmy z mamą na nasze podwórko. Tam stali Stach Kruków, mój wujek, ojciec i Józef Muzyka. Zaczęli się naradzać, co począć dalej. Za stodołą 200 metrów od budynków, na drodze, która prowadziła do Jagodzina, stała furmanka zaprzęgnięta w dwójkę koni. Na niej siedział furman, a obok przy karabinie maszynowym, zwanym po rosyjsku „maksim” siedziało dwóch „bulbowców”. Gdy usłyszałem rozmowę wujka i Muzyki z ojcem, zrozumiałem, że wujek ma karabin. Józef Muzyka namawiał wujka, żeby przyniósł karabin i jeśli się boi, to on weźmie karabin i podczołga się bruzdami kartofli ku bulbowcom i szybkim strzałem zlikwiduje trzech. Oni byli tak pewni siebie, że byłoby to dla nich pełnym zaskoczeniem. Muzyka mówił, że jak dobrze pójdzie, to pobiegniemy do cekaemu, furmanka stoi na miejscu, więc moglibyśmy uciec tą furmanką.

Gdy tak się naradzali, z szosy wiejskiej skręciło do nas dwóch „bulbowców”. Przyszli do nas na podwórko. Jeden zapytał mamę, czy może sobie wziąć makówek, które leżały na daszku szopy. Mama pozwoliła, więc on wziął parę makówek, podał drugiemu, podeszli do nas całkiem swobodnie, a broń wisiała na ramionach. Zapytali czego się boimy. Mówili, żeby się nie bać i iść do szkoły na zebranie. Maja ważne sprawy do powiedzenia; „pisla my pidemo rwaty na żelaznoj puti,” czyli zrywać tory kolejowe. Pogadali chwile i odeszli. Po odejściu bulbowców znów zaczęły się dyskusje, że można było tych trzech sprzątnąć, bo w pobliżu nie było nikogo z tej zgrai, a pod ręką były widły i siekiera. Trzeba było zabrać im broń, gdyż jeden z nich miał pistolet maszynowy, drugi karabin i byli pewni siebie, na pewno nie spodziewali się napaści. Jeśli tego nasi dokonali, poczuliby się pewniej. mając broń w ręku.

Nie było jednak jedności i zgrania. Niektórzy mówili, że może to naprawdę nic nie będzie złego. Nie słychać przecież, żeby kogoś zabili. Oni grzecznie obchodzą się ze wszystkimi – mówiono. Po tych rozmowach wszyscy przeszli się na swoje podwórka. Muzyka poszedł na swoje podwórze, wujek do swojego domu, ojciec poszedł do brata stryjecznego Łukasza Praduna. Ja z mamą zostaliśmy na podwórzu, potem poszliśmy do głównej drogi i zobaczyliśmy, że niektórzy ludzie idą do szkoły na zebranie. Inni zaczęli wchodzić do budynków i znikali. Zaczęli się chować, a bulbowcy wciąż chodzili po wsi i zapraszali na zebranie. Było to około godziny 9 i teraz już bardziej wyraźnie widać było, że stawali się natrętni. Jeśli dopadli kilkoro ludzi, to już nie pozostawiali, a zaczęli odprowadzać do szkoły, co zwróciło uwagę pozostałych, którzy zza opłotków patrzyli gdzieś z ukrycia. Wówczas zaczęli się chować, gdzie kto mógł. Ja prosiłem mamę, żeby wejść w mieszkaniu pod podłogę. Podłoga była tylko w komorze. W izbach mieszkalnych było klepisko. W komorach trzymano zboże i produkty żywnościowe, to musiał być przewiew i pod taka podłogą można było się zamaskować. Mama powiedziała, że jak się schowamy, to ojciec po przyjściu nie będzie wiedział, gdzie my się podzieliśmy i będzie nas szukał.

Ojciec nie wracał i pomyśleliśmy, że może zabrali go na zebranie, gdyż trudno było już chodzić po wsi. Bulbowcy zabierali ludzi siłą. Ojciec, Łukasz Pradun z żoną i dziećmi Antkiem, Felkiem i Jankiem ukryli się pod słomą. Bulbowcy potem szukali po budynkach i kłuli bagnetem w te słomę, tuż koło Janka. On chciał krzyczeć, ale zatkano mu usta i tak ocaleli. Bulbowcy po chwili odeszli. Stałem z mamą jeszcze chwilę i namawiałem, żeby się ukryć, ale mama powiedziała, że pójdziemy bliżej szkoły do ciotki Tresiukowej. No i co będzie ludziom, to i nam będzie. Miałem wówczas 13 lat, myślałem dobrze, ale musiałem słuchać mamy. I poszliśmy do ciotki.

Muszę trochę cofnąć się wstecz. W ten sierpniowy poniedziałkowy świt gdy usłyszano strzały, powstał popłoch. Ludzie zaczęli uciekać i kryć się. Pobiegł i mój brat mający wtedy 17 lat. Babcia i dziadek poszli do swojej córki a mojej cioci. Było do niej tylko przez miedzę. Ciotka Wikcia miała małe dziecko i nie chcieli, żeby była sama. Wujek Stasiek, mąż ciotki Wikci, został na drodze na wsi zatrzymany i zabrany do szkoły, bo bulbowców bardziej interesowali mężczyźni i dorosła młodzież.

Ja i mama poszliśmy do ciotki Tresiukowej. Nie było jej w domu, bo poszła do szkoły na zebranie, a do ich zabudowań nie wpuszczali. Były to zabudowania ściśle do siebie przylegające, zwarte w czworobok. Dwie stodoły, obora, szopa i duża brama kryta z desek. Był to tzw. okólnik. Wewnątrz był duży plac, można było zawracać furmanką. Jak się później okazało, bulbowcy to miejsce wybrali na miejsce kaźni.

Nie zastawszy ciotki, poszliśmy z mamą do szkoły. Na placu szkolnym było dużo spędzonych ludzi. Byli to przeważnie kobiety z dziećmi i staruszkowie. Mężczyźni i młodzież byli w szkole. Tych, których przyprowadzono, wpuszczano do środka, że środka zaś nie wypuszczano nikogo. Od szkoły też trudno było odejść, gdyż bubowcy pilnowali z każdej strony. Ludzie byli zdenerwowani i przestraszeni . Niektórzy próbowali ucieczki, niektórym się udało. Widziałem, jak ktoś przebiegał przez łąkę Klocową do zabudowań Dąbrowy, ale zaraz nastąpił strzał. Przerażeni ludzie zaczęli mówić, że został zabity jakiś mężczyzna i wówczas zrozumieli wszyscy, po co tu zostali zwołani. Był to pierwszy mord, dokonany na oczach ludzkich.

Na placu szkolnym zobaczyłem brata Staśka. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać podeszła do nas mama i zapytała, czy nie widział ojca. On powiedział, że przy szkole go nie widział. Mam powiedziała bratu, że ojciec poszedł do stryja i nie wie czy uciekł, czy go złapali. Zaczęliśmy z mamą namawiać brata do ucieczki, żeby uciekał i gdzieś się ukrył. W tym momencie zobaczyliśmy jak przez owa łączkę Kloca przechodził Czesiek Kuwałek, kolega brata. Szedł do zabudowań. I znowu ja i mama zaczęliśmy go namawiać, żeby się gdzieś skrył. Mama mówiła: patrz, Czesiek poszedł i nie było strzału, widocznie nie zauważyli. Idź wolno, jeśli zobaczą, to zawrócą. Brat nie wysłuchał naszych porad i próśb i poszedł do szkoły. Już go nie zobaczyliśmy.

Wokół szkoły zaczął się zaciskać pierścień z banderowców. Zaczęli siłą zapędzać mężczyzn i młodzieńców do szkoły, a kobiety, dzieci, staruszkowie pozostali na placu szkolnym. W tym momencie wyszła ze szkoły Pani Bladowa, mieszkająca w szkole, ze swym synkiem Czarkiem. Stanęła przed ludźmi i powiedziała te słowa: „ Ludzie, już wiemy, po co nas zwołali, więc klękajmy i módlmy się. Wszyscy poklękali i ona zaczęła pierwsza pieśń „ Pod twoją obronę.... Zaczęli wszyscy głośno śpiewać . Po krótkich modłach padł rozkaz przejścia z placu szkolnego w pobliże kościoła. Niektóre kobiety i dzieci zaczęły płakać. Droga z placu szkolnego do kościoła ( 150-200 metrów) wiodła ulicą poza szkołą koło organistówki, na cmentarz kościelny i do bramy kościoła. Była ona obstawiona z jednej i z drugiej strony przez bulbowców. Niektórzy z nich byli z psami. Trzymali wilczury na postrach i szczuli nimi ludzi trzymając je na smyczach. Psy rwały się, mocno szczekając. Ludzie zaczęli krzyczeć, bulbowcy się śmiali i wrzeszczeli „ beri lachiw”. Po drugiej stronie ulicy, za szkołą stała grupa chłopów, też bulbowców. Byli uzbrojeni w siekiery, pijani, śmiali się głośno. Musieli to być główni oprawcy. Starsi mówili, że to oni będą nas bić.

Kościół nasz był nieduży, drewniany, szalowany, kryty blachą. Kiedy zapędzono nas do kościoła, zamknięto za nami drzwi i nagle rozległy się wokół kościoła wybuchy jakby z granatu. To tez musiało być na postrach, bo do wnętrza kościoła nic się nie dostało. Ludzie zaczęli się modlić i śpiewać. Niektórzy włazili na chór i widziałem jak ktoś wszedł na strych poza sklepienie w kościele. Nie znam go, ale prawdopodobnie przeżył.

Ja też dobrze znałem obejścia w kościele, bo służyłem do mszy. Powiedziałem mamie, by odstawić płótno przy wielkim ołtarzu i tam się schować. Tam był grób z podobizną Pana Jezusa, dość obszerny, zmieściłby ze cztery osoby. Mówiłem, że odstawię płótno, pomału wejdziemy z kimś jeszcze i ktoś za nami zastawi to płótno; może w ten sposób ocalejemy. Mama powiedziała, że nie ma się gdzie w kościele ukryć, bo bulbowcy wszędzie znajdą. Nie posłuchała mojej propozycji. Powiedziała po raz drugi, że co będzie ludziom, to i nam. Ludzie modlili się i śpiewali. Zaczęli głośno mówić, co nas czeka. Tak przetrwali w kościele ponad godzinę do dwóch.

Naraz otworzyły się frontowe drzwi, ukazało się w nich paru bulbowców z wymierzoną w nas bronią i zapowiedzieli, że mamy wychodzić z kościoła i „ ne próbujte wtykaty”, bo jesteście obstawieni. Każdy kto zechce uciekać, zostanie rozstrzelany. Zaczęliśmy wychodzić i zobaczyliśmy, że ulica z kościoła do szkoły jest obstawiona jak poprzednio. Bulbowcy stali jeden przy drugim z bronią w ręku do strzału. Byli bardzo podenerwowani. Niektórzy pytali między sobą, gdzie oni nas popędzą i dlaczego tak pospiesznie. Nie było czasu na rozmyślania, bo popędzili nas. Doszliśmy do szkoły. W kilku miejscach zaczęła się palić wieś. Płonął okólnik, czyli ciotki zabudowania. Był on niedaleko szkoły. Ciotka była z nami, bo gdy ludzie zrozumieli co ich czeka, zaczęli się grupować rodzinnie. Chcieli być blisko siebie, razem. Wówczas ciotka powiedziała głośno do mamy, bo nie było już co ukrywać, że widziała, jak w ich zabudowaniach coś kopano. Powiedziała, że na pewno to dół dla chłopów, bo szkoła była pusta, drzwi pootwierane. Teraz podpalili, żeby śladu nie było i zaczęła mocno płakać. Mówiła do nas w głos, że jej syn, Janek Trusiak, zakopał się w słomie w stodole, a teraz żywcem się spali. Mama na to, żeby nie płakała, bo Janek już nie mały i może ucieknie. Ciotka zaś, że jeśli wyskoczy, to i tak go zabiją.

Na tym skończyły rozmawiać, bo zaczęli nas popędzać groblą, wysypaną drogą, która prowadziła koło cmentarza ku Woli Ostrowieckiej. Droga była obstawiona bulbowcami. Stali co kilkanaście metrów, jeden obok drugiego. Krzykiem i biciem popędzali nas do szybszego marszu. Gdy byliśmy na grobli, usłyszeliśmy strzelaninę od strony Borowy. Strzelano z broni maszynowej. Kule świszczały, jak rój pszczół ponad naszymi głowami. Słyszeliśmy wybuchy i wnet za nami około 200 metrów w Borku koło cmentarza, zaczęły się rwać pociski. Ludzie zaczęli mówić, że to chyba Niemcy. Ludzie się nie kryli, natomiast bulbowcy szli chyłkiem, niektórzy przypadli do ziemi i groźnie nawoływali do szybkiego marszu. Ludzie zobaczyli, że oni się boją tych strzałów więc mówią między sobą, żeby uciekać w stronę wsi. Mówili, że wszystkich nie wybiją, a gnać za nami nie będą, bo się boją. Kilkoro zawróciło. Byli to w większości starsi mężczyźni. Nie uszli daleko, bo zaraz padły strzały, a oni usunęli się na ziemię. Może ta ucieczka udałaby się (ze znaczna stratą ludzi), gdyby wszyscy naraz zawrócili i rozbiegli się po krzakach. Jednak było to niemożliwe, bo były prawie same kobiety po większej części z małymi dziećmi na rękach oraz staruszki. Cóż więc biedni mieliśmy począć. Zdaliśmy się na Łaskę Bożą. Wtenczas powiedziała ciotka i mama, że wymordowali Żydów, a teraz przyszła pora na nas. Mówiły „ my jak my, ale te dzieciątka, tylko żyć. Jakich czasów my doczekaliśmy, cóż my komu winni jesteśmy”. Ale na nic te wszystkie rozpacze były. Bulbowcy miotali się, wściekali, krzyczeli, popychali, bili, zmuszając do szybkiego marszu, ludzie znacznie zmniejszyli kroku, oglądając się na jakieś wybawienie ze strony tej strzelaniny.

Tuż przed cmentarzem droga wychodziła na wąwóz. Po obu jego stronach było wysokie piaszczyste wniesienie, które zasłaniało cały widok od strony zachodniej, skąd padały strzały. Gdy zrównaliśmy się z cmentarzem, niektórzy starsi nie chcieli iść dalej. Mówili : ” Wiemy, gdzie nas pędzą i co nas czeka. Lepiej tu zostać na cmentarzu, niż gdzieś w krzakach, żeby ptactwo roznosiło, cmentarz to zawsze miejsce poświęcone”. Po tych rozmowach kilkoro starszych wyszło z kolumny kierując się w stronę cmentarza. Starali się szybko przekroczyć bramę cmentarza. Padły strzały i padły trupy. Nie znam ich nazwisk i nie można się było dowiedzieć, gdyż bulbowcy zaczęli szaleć. Bijąc i wrzeszcząc zmuszali do szybkiego kroku.

Byłem naocznym świadkiem takiej strasznej sceny. Stary organista z mojej wsi szedł o krok od nas, trzymając pod rękę swoją żonę. Wystąpili z kolumny i powiedzieli, że dalej nie pójdą i tak nas wybiją, więc wolą tutaj na cmentarzu umrzeć. Byli o dwa kroki od bramy cmentarnej. Zdążyli tylko za bramę, padły strzały i oni oboje upadli. Widziałem jak konwulsyjnie wzdrygały się ich ciała. Widząc to wszystko kobiety i dzieci zaczęły płakać i krzyczeć z przerażenia. Na ten widok ścisnęło mnie w piersiach, zaschło w gardle. Nie mogłem słowa wykrztusić z siebie, ale nie płakałem.

Za cmentarzem skręciliśmy w krzaki w kierunku lasu Kukorawiec położonego na północny wschód od naszej wsi.

Ludzie poruszali się leniwie, ciągle popędzani do szybszego marszu. Mieli niektórzy nadzieję na wybawienie przez tych nieznanych Niemców. Im się jednak nie spieszyło. Jak się później okazało byli to Niemcy. Jechali niby na odsiecz zagrożonym przez bulbowców mieszkańcom wsi: Ostrówki, Wola Ostrowiecka i Jankowce, bo Kąty były już wymordowane. Zamiast jechać z Lubomia do Ostrówek (12 km), pojechali okrężną drogą, na Jagodzin, Wilczy Przewóz. Równo, Borowę, Ostrówki. Była to musztarda po obiedzie. Zobaczyli, że jeszcze są bulbowcy i nas pędzą, więc zaczęli strzelać. Strzelali na postrach, na ludziach im nie zależało. Zdążali do tego, aby ludzkie nacje skłócić, nabrać krów, świń, kur i gęsi.

Obejrzałem się za siebie parę razy. Bulbowcy z obstawy, leżący z bronią maszynową, zaczęli się wycofywać. Był to ostatni dzień sierpnia, piękny, ciepły i słoneczny, a jednocześnie dzień tragedii i rozpaczy. Popędzani szliśmy leniwie do przodu, bo już każdy wiedział, co z nami zrobią. Starsze kobiety, a nawet dzieci zrzucały z siebie cieplejsza odzież bo się męczyły. Wiedziały, że ona już nie będzie im potrzebna.

Za idącą kolumną ludzi, okrążoną gęsto przez bulbowców, pozostawała dość szeroka droga zmiętego łubinu, ziemniaków, traw, które były jeszcze o tej porze roku na polach, a na niej leżała rozrzucona odzież. Szliśmy na przełaj, z krzaków wychodziliśmy na pólka i odwrotnie. Bezustannie popędzani szliśmy do przodu.

Kiedy znaleźliśmy się w połowie drogi między cmentarzem a miejscem kaźni, zarządzono postój. Spędzano nas w jedna grupę. Starsi matki z dziećmi na ręku zaraz posiadali na ziemi, aby trochę odpocząć. Bulbowcy stali wkoło nas. Było ich gęsto i patrzyli na nas jak sępy na swą zdobycz. Broń trzymali gotowa do strzału. Niektórzy bulbowcy byli znajomi dla starszych. Pochodzili z Huszczy i Przykórki. Niektórzy pędzeni starsi ludzie znali ich, ich rodziców, więc zaczęli pytać, co z nami zrobią, dokąd nas pędzą i za chcą nas mordować. Patrzyli na nas jak wilki i odchodzili na bok. Jeden z bulbowców stał naprzeciw nas. Poznała go matka mego stryja, Łukasza Praduna. Według niej, był on z Przekórki. Zapytałą go po imieniu i nazwisku. (ale ja już nie pamiętam imienia i nazwiska) za co nas będziesz zabijać. Twoich rodziców dobrze znam, żyliśmy w zgodzie. Popatrzył na staruszkę chwilę, rozejrzał się nieznacznie i odpowiedział w te słowa: „ Ja was byty ne budu”. Staruszka rzekła „ale drudzy wybiją”, a on na to „ ta ja was nie znaju, ja toże muszu buty z nymi, takij rozkaz” i odszedł.

Postój był krótki, może 5 minut. Co zamierzali z nami zrobić: Prawdopodobnie wymordować nas na tym postoju, ale widocznie było im za blisko od wsi (około 2 km), a wciąż było słychać strzały pojedyncze i seryjne. Krzykiem kazano nam wstawać, zaczęli nas pędzić dalej, w stronę Sokoła, bliżej lasu Kukorawiec. Niewiele teraz znajdowało się pól ornych, a więcej krzaków i zarośli. Popędzani do szybkiego marszu szliśmy polem obsianym łubinem. Był on dość wysoki. Szliśmy razem: ja, matka, ciotka i parę innych osób. Nagle zauważyliśmy, że obok nas 1,5 m od nas leżał w łubinie młody chłopiec, o nazwisku Soroka (imienia nie pamiętam ). Starsi go znali, ja też z widzenia. Był on z Woli Ostrowieckiej. Uciekł ze wsi i uznał, że się dobrze ukrył. Kryjówka była dobra ale nasz przypadkowy kierunek nie ominął go. Leżąc na wznak w tym Łubinie położył palec na ustach i patrząc na nas przykazał aby się nie oglądać i nie patrzeć na niego. Obok gęsiego szli bulbowcy z obstawy. Ludzie, którzy go widzieli mówili po cichu innym, żeby się nie oglądali, że może Bóg da, chłopaka nie zauważą i przeżyje. My poszliśmy, a on pozostał.

Na nas pilnie patrzono, czy ktoś nie pozostaje lub nie przysiada, to natychmiast strzelali. Okazało się później, że nie zauważony siadał. Widziałem go jeden raz w Świerzach, zaraz po wyzwoleniu. Byłem u ojca i on mówił, że to on leżał, jak szliśmy przez Sokół.

Odeszliśmy od tego miejsca może kilometr, weszliśmy na niedużą polankę koło lasu, otoczoną z trzech stron olszyną. Tylko od wschodu było nieduże pole, na którym rósł łubin. Na tej polance znów nas zatrzymali, wśród bulbowców powstało ożywienie. Na zboczu stało kilku bulbowców lepiej ubranych. Mieli przy sobie krótką broń. Musiała to być starszyzna. Przez krótką chwilę radzili. Po tej naradzie postanowili dalej nas nie pędzić, a na tej polance nas wymordować. Tak też się stało.

Było nas tam dużo, bo to wszystkie kobiety z Ostrówek z dziećmi prawie do lat 15, kilku dziadków, a i z Woli Ostrowieckiej była znaczna część kobiet. Obstawieni byliśmy dość gęsto przez bulbowców. O ucieczce nie było mowy. Ludzie stali, niektórzy z dziećmi na ręku siedzieli bo było im ciężko je trzymać. Modlili się, bo było już wiadomo, że na tej polance nastąpi tragedia. Po krótkiej chwili padła komenda, żeby ludzie zrzucili z siebie grubsza odzież. Krzyczeli, by wychodzić z gromady po dziesięć osób na środek polany. Początkowo nikt nie chciał dobrowolnie iść na śmierć, bo każdemu życie miłe. Powstał płacz, lamenty, prośby, błagania, aby nas puścili, bo my nic nikomu złego nie zrobiliśmy. Oni nawet nie słuchali, robili się coraz wściekli. Rzucili się jak dzikie bestie, jak mocno wygłodzone zwierzęta i zaczęli wyciągać z tłumu, kto się pod rękę nawinął. Odprowadzali na środek polany, kazali kłaść się w koło, twarzami do ziemi. Zaczęli strzelać ofiarom w tył głowy, a my żywi musieliśmy na te tragedię patrzeć. Patrzeć jak giną niewinni ludzie i ich najbliżsi: babcie, matki, siostry, bracia, córki, synowie, bo byli wszyscy ze sobą spokrewnieni.

Trzeba nadmienić, że wieś Ostrówki i Wola Ostrowiecka były to wsie, gdzie mieszkali sami Polacy. Było parę rodzin żydowskich. W Ostrówkach byli to Berko, Moszko, Szajwoł. Niemcy ich wcześniej wymordowali, tylko Rubin, syn Berka, ukrywał się dłuższy czas, ale i on został złapany i rozstrzelał go Ukrainiec z Przykórki. Był on w policji i on też u nas w Borku rozstrzelał dwie Żydóweczki z Woli. Nazywaliśmy go Michałkiem, ale on nazywał się inaczej. Starsi wiedzieli.

Teraz bulbowcy rzucili się wszyscy. Było im widocznie pilno, bo każdy odrywał z grupy parę osób o rozstrzeliwał. Na środku polany. Ludzie lamentując żegnali się ze sobą na wieczność. Matki brały swe dzieci i kładły obok siebie, obejmując je rękami. Tak odchodzili z tego świata na wieczność. Ja, mama, ciotka i bliżsi znajomi byliśmy razem w grupie, wciąż odciągając moment rozstania się z tym światem. Chcieliśmy jeszcze pożyć choć chwilę dłużej. Widziałem okropne sceny. Rozstrzeliwani w pośpiechu ludzie nieraz byli trafiani niecelnie. Zranieni śmiertelnie podrywali się konwulsyjnie i znów opadali na ziemię. Dobijano ich, ale najczęściej w męczarniach kończyli żywot. Z jednej grupy, popędzonej na miejsce kaźni po serii strzałów poderwała się mała dziewczynka, może sześcioletnia i zaczęła mocno krzyczeć: mamo, ale matka już nie żyła. Widząc to bulbacha podniósł karabin i strzelił w nią. Trafił ale nieśmiertelnie. Dziewczynka upadła, ale natychmiast się poderwała i krzycząc zaczęła iść po trupach, padając i wstając. Bulbowiec znowu w nią strzelił. Tym razem aż trzykrotnie. Dziewczynka wciąż podnosiła się i krzyczała. Zdenerwowany bulbowiec podbiegł do niej i dobił ja kolbą karabinu. Ludzie na ten widok odwracali się z płaczem.

I tak grupę po grupie wyciągano i zabijano. Tworzył się duży krąg, gdyż kazano kłaść jeden obok drugiego w nogach pomordowanych. Widać było pośpiech, bo głośniej krzycząc szybko wyciągali ludzi na pobojowisko, nie żałując przy tym razów.

Matka, ja, ciotka Trusiak byliśmy razem, moja babcia i ciotka Wikta z małym dzieckiem. Mama powiedziała, żebyśmy poszli sami, po co mają nas szarpać i tak nas śmierć nie ominie. Przyglądać się tej zbrodni już dłużej nie było można. Wstaliśmy, pożegnaliśmy się ze sobą i najbliższymi. Z płaczem i okropnym żalem, że trzeba pożegnać się z tym światem, oddaliśmy się w ręce oprawców. Popędzono nas na miejsce kaźni. Poszło nas dziesięcioro na pobojowisko. Bulbowcy, jak dzikie bestie, krzyczeli „lachajte lachy chutko” (szybko kładźcie się Polacy). Mama jeszcze raz przycisnęła mnie do siebie, płakała i mówiła jakby do siebie: tyle dzieci wybijają, cóż one są winne. Nie mogłem płakać, zacisnęła mi się krtań i zrobiłem się zupełnie nieswój, obojętny z tego przestrachu. Kładąc się obok siebie, półgłosem odmawialiśmy pacierz. Mama objęła mnie mocno za szyję, ja zakryłem twarz dłońmi i z okropnym strachem wypowiedziałem na koniec „ niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Padły strzały z lewej i z prawej strony. Ja z tej grupy leżałem prawie w samy środku. Strzały zaczęły zbliżać się do mnie. Żal mi się mocno zrobiło, pomyślałem, że mam dopiero 13 lat, sama radość życia, taki piękny świat, a tu za chwilę czeka śmierć i już nigdy nie ujrzysz jasności: czy poczuję ból? Bliziutko padł strzał, bo poczułem podmuch powietrza. To musiało być w ciotkę, słyszałem mocne charczenie. Okropnie przeżywałem ostatnie chwile. Zdawało mi się, że we mnie wszystko ustaje. Następny strzał pada w mamę. Ziemia rozbryzguje się po mojej głowie. Poczułem, że coś ciepłego spływa po moim karku, ku lewemu policzkowi. Słyszę charczenie raptowny skurcz ciała. Poczułem, że mamy ręka przyciska mnie mocniej do siebie, potem ciało zaczęło się rozluźniać, bo ręka mamy zaczęła słabnąć łagodnie i tak pozostała bez ruchu. Nadeszła moja kolej. Oczekiwałem z napięciem, prawie martwy z przerażenia. Usłyszałem koło mnie strzał, szum w uszach i znów piasek posypał się po mojej głowie i rękach. Krótkie charczenie ale to już z prawej strony. Z biciem serca oczekiwałem na następny strzał, strzał we mnie, ale i ten usłyszałem nieco dalej i jeszcze jeden o kilka ciał dalej. Po tej krótkiej scenie mordu zapadła krótka cisza i nagle znów słyszę jak układają się w naszych nogach następne ofiary, płaczące i rozpaczające. Kiedy znów usłyszałem wystrzały z tyłu zacząłem w duchu modlić się i prosić Boga o przeżycie tych potworności.

Krótko to trwało, bo rozstrzeliwali ze zdwojoną szybkością. Spieszyli się bardzo. Leżałem żywy miedzy trupami, słyszałem lamenty, błagania, pisk zabijanych dzieci, myślałem, że nie wytrzymam, że zerwę się i będę uciekał, ale po chwili znów przychodziła myśl, że jeśli to zrobię, zabiją na miejscu.

W czasie układania się na pobojowisku nikt nie wybierał sobie miejsca. Kładł się gdzie popadło. Ja też się tak położyłem i leżąc tak wśród trupów poczułem nagle, że wciska mi się wysokość żołądka zmurszały pniaczek. Najgorsze było to, że znajdowały się w nim czerwone mrówki. Pień uciskał tak dokuczliwie, że zaczęło mi brakować powietrza. Mrówki rozlazły się po twarzy. Zamknąłem usta, zacisnąłem powieki, ale po chwili otworzyłem usta i nabrałem powietrza i znów zamknąłem, żeby nie nalazło mrówek. Nie mogłem głęboko oddychać, bo to zdradziłoby mnie. Myślałem, że nie wytrzymam: brak normalnego oddechu, mrówki i okropny strach przed śmiercią. Gehenna. Instynkt nakazywał, żeby najmniejszym poruszeniem nie zdradzić siebie. Leżałem, cierpiałem i słuchałem, co się wokół dzieje. Trwało to około godziny. Naraz ustały krzyki i płacz. Strzały były rzadkie. Od czasu do czasu padał strzał, rozmawiali między sobą głośno: „...o dywyna, o tamtoj szcze żywe, dobej”. Ja leżałem w tym pobojowisku i prosiłem Boga, aby mnie nie wykryto. Po chwili nastała cisza, tylko jakiś bulbowiec zawołał: „ no chłopa idemo, od dywyte, tut morda polska leżyt”. Zaczęło się ożywienie między nimi. Zaczęli odchodzić w krzaki w stronę Sokoła. Słyszałem z tej strony odgłosy.

Leżałem dłuższą chwilę. Była grobowa cisza, bo nawet ptactwo odstraszone strzałami, nie dawało żadnego głosu. Leżąc między trupami myślałem, że wszyscy są wybici i gdzie ja teraz pójdę i jak długo tu będę leżał. Chciałem wstać i uciekać. Bałem się, bo jeśli oni z ukrycia patrzą, czy ktoś nie wstaje. Wtedy czeka mnie tylko śmierć. Leżałem dalej, a mrówki gryzły po całym ciele. Upłynęło około pół godziny. Nadal była niczym nie zakłócona cisza. Podjąłem decyzję. Postanowiłem ostrożnie podnieść głowę i spojrzeć przed siebie, co się dzieje na placu zbrodni. Ostrożnie uniosłem głowę i zobaczyłem, że jakaś starsza kobieta ucieka z tego strasznego miejsca w pobliskie krzaki. Opuściłem głowę z powrotem i słuchałem, czy nie będą strzelać, ale nadal była cisza. Leżałem jeszcze chwilę i postanowiłem wstać i uciekać w krzaki, bo jeśli nie strzelano za tamtą kobietą, to znaczy, że oni wszyscy poszli.

Po raz drugi pomalutku podniosłem głowę, spojrzałem po trupach i zobaczyłem, jak wstaje kobieta z dwojgiem dzieci. Złapała dziewczynkę i chłopczyka za rączki i uciekła w krzaki. Znów opuściłem głowę, leżałem i słuchałem, czy nikt nie będzie strzelał. Nadal była cisza. Po raz trzeci podniosłem głowę i popatrzyłem na mamę i ciotkę. Leżały martwe. Mama miała oderwany kawałek czaszki, aż mózg wyrzuciło. To właśnie mózg rozlał mi się po karku i po twarzy. Bóg zaślepił ich wzrok, bo zobaczywszy mnie zalanego krwią i mózgiem pomyśleli, że jestem zabity.

Uniosłem się nieco wyżej i powiedziałem półgłosem : „kto żywy niech ucieka”. Poderwałem się i odbiegłem około 50 metrów od pobojowiska w łubin. Położyłem się z brzegu, tak, aby nie być widocznym i zacząłem rozglądać się po polanie i po trupach, czy ktoś nie poderwie się do ucieczki. Widzę, że ktoś wstaje i biegnie w moją stronę, do tego łubinu. Poznaję. Jest to mój brat cioteczny Paweł Jasieńczak. Podniosłem się nieco i zacząłem machać ręką, aby biegł do mnie. Przebiegł, położył się obok mnie. Widzimy, że znowu jakaś kobieta z dzieckiem podbiega do zarośli. My natomiast zaczęliśmy się ostrożnie czołgać tym łubinem w stronę krzaków. Gdy biliśmy parę kroków od nich, szybko tam wskoczyliśmy.

W tych krzakach spotkaliśmy te kobietę, która wcześniej zbiegła z dwojgiem dzieci. Dołączyliśmy do niej . Płakała i mówiła, jak sobie poradzi z dwójką malutkich dzieci. Chłopak był nieco starszy od dziewczynki. Powiedziałem do niej, że jakoś musimy dostać się do Jagodzina. Dodałem, że z pobojowiska wyszła ranna w głowę Janina Kuwałek, obecnie Martosińska.

Mówiła, że ciotka Wikta też była ranna i prosiła o pomoc Jankę, ale Janka jej rzekła : „cóż ja ci pomogę, ja sama ledwo co żyję”. Pomogła jej wstać, ale nie dały rady. Tak moja ciotka bez pomocy, z dala od ludzi, umarła.

Wzięliśmy dzieci. Ja jedno, Paweł drugie na plecy i zaczęliśmy powoli i ostrożnie iść w stronę Jagodzina. Idąc dotarliśmy do swojej wsi, Ostrówek.

Byliśmy w krzakach i rozglądaliśmy się, co się dzieje. Przed nami było piaszczyste pasmo, z rzadka porośnięte jałowcem, zwane borowiną. Zobaczyłem, jak od strony wsi między tymi jałowcami szybko szedł mężczyzna niosąc cos na plecach. Kierował się w stronę Sokoła. Musiał to być Ukrainiec, który przyszedł po łup. Cofnęliśmy się głębiej w krzaki i patrzyliśmy, czy ich więcej nie ma. Nie było nikogo. Tamten szybko odszedł.

Poczekaliśmy chwilę i zaczęliśmy ostrożnie, od krzaka do krzaka, pokonywać ten odkryty teren. Zbliżaliśmy się do zarośli położonych bliżej wsi, do Borku. Szczęśliwie doszliśmy do niego, przeszliśmy w poprzek i na skraju zatrzymaliśmy się. Byliśmy ukryci w gęstych krzakach, widzieliśmy wieś i okolice. Wieś częściowo paliła się. Wokół była pustka, tylko psy strasznie wyły, wszędzie chodziły krowy i konie. Ja i Paweł zwróciliśmy się do kobiety i mówimy, żeby zaczekała w tych zaroślach, a my pójdziemy bliżej do wsi i zobaczymy, jaka jest sytuacja, czy kogoś nie ma we wsi, byliśmy od wsi około 500 metrów od strony Lubomia, Jeśli będzie wszystko dobrze to wrócimy i pójdziemy wszyscy razem. Jeżeli ktoś by strzelił czy pędził za nami niech się dobrze ukryje i nakaże dzieciom ciszę, a my będziemy uciekać w przeciwnym kierunku. Ostrożnie doszliśmy do skraju lasu, rozejrzeliśmy się dokładnie, spojrzeliśmy jeden na drugiego i rzekłem do Pawła: „ słuchaj, idziemy ale nie razem. Ja pójdę pierwszy, ty zostań i pilnie wokół patrz. Jeżeli coś zobaczysz, krótko gwizdnij, to ja upadnę i się skryję. Jeżeli ktoś będzie biegł w moim kierunku, krzykniesz i uciekaj,, ja też zawrócę. Jeżeli będzie cisza i spokój, to ja pobiegnę ze 100 m i się położę. Będę obserwował, a ty za mną chyłkiem dobiegniesz i się tez położysz. Teraz znowu ty będziesz obserwował, a ja będę biegł w stronę wsi. I tak na zmianę”.

Uścisnęliśmy sobie ręce, spojrzeliśmy w twarze i bez słowa wyszedłem z ukrycia. Rozejrzałem się wokół i chyłkiem zacząłem iść ku wsi. Biegłem i rozglądałem się. Nie słysząc żadnego ostrzeżenia, biegłem dalej. Przebiegłem prawie pół odległości do wsi i dopiero się położyłem. Leżąc popatrzyłem dokładnie przed siebie w lewo i w prawo. Spokój i cisza, tylko niektóre zabudowania palą się i psy wyją. Słyszę, jak Paweł zbliża się do mnie, dobiega i kładzie się obok. Przez chwilę dokładnie obserwowaliśmy zabudowania, budynek po budynku, czy nie widać jakiegoś zamieszania. Nadal było spokojnie, żadnego śladu życia. Poleżeliśmy chwilę i mówię do Pawła, żeby dobrze obserwował teren, a ja pobiegnę aż do zabudowań: przy nich poczekam na niego, ale najpierw się rozejrzę i dam mu znać ręką.

Poderwałem się i chyłkiem szybko pobiegłem aż pod zabudowania i upadłem.

Z bijącym jak młot sercem nadsłuchiwałem, czy nie słychać rozmów, szmerów. Nic grobowa cisza. Tylko trzask ognie i spadające opalone bale.

Wstałem, oparłem się plecami o ścianę stodoły i machnąłem parę razy w kierunku Pawła. Poderwał się i dobiegł do mnie. Kucnęliśmy i przez chwilę obaj nasłuchiwaliśmy. Krótka narada po cichutku, że Paweł pójdzie poza budynkami z jednej strony, ja z drugiej w stronę drogi, która biegła przez środek wsi. Chcieliśmy zobaczyć co się dzieje we wsi i po drugiej stronie w zabudowaniach. W rowie przy trakcie mieliśmy poczekać jeden na drugiego.

Rozeszliśmy się. Szliśmy koło ścian i płotów w kierunku traktu, cichutko i ostrożnie, bacznie nasłuchując i rozglądając się wokół siebie. Szczęśliwie dotarliśmy do rowu, przykucnęliśmy w nim i zaczęliśmy obserwować wzdłuż wsi i poza budynkami, czy ktoś się nie kręci. Nie było widać nikogo, tylko niektóre budynki dopalały się, na drodze leżało parę trupów i psy żałośnie wyły. Chwilę jeszcze rozglądaliśmy się. Cisza i spokój. Postanowiliśmy wrócić do kobiety wziąć dzieci i uciekać razem do Jagodzina.

Wyskoczyliśmy z rowu i pochyleni szybko biegliśmy koiło zabudowań w kierunku Borku, do zarośli. Kobieta tak się ukryła, że musieliśmy po cichu wołać. Odezwała się, doszliśmy do niej i opowiedzieliśmy, co widzieliśmy we wsi. Ona powiedziała do nas „chłopcy uciekajmy stąd, póki nie ma nikogo”. Tak też się stało. Paweł wziął, nie pamiętam już chłopaka czy dziewczynkę. Zabraliśmy je na plecy. Kazaliśmy im dobrze trzymać się za szyję i wyszliśmy z krzaków. rozejrzeliśmy się i w odstępach kilkunastu kroków szliśmy gęsiego. Szybko ruszyliśmy ku wsi. Kobieta powiedziała do nas, żebyśmy minęli wieś i poszli między Samotnią i Szuszkiem. Samotnią było zwane zabudowanie, które stało nieco dalej od wsi na rozdrożu. Szuszko, to gospodarz mieszkający na początku wsi. Tą luką szliśmy w stronę Jagodzina. Kiedy minęliśmy wieś i zbliżaliśmy się do łąki-pastwiska zwanego Brzeziną, ujrzeliśmy, że jakiś mężczyzna idzie w naszym kierunku. Był jeszcze daleko. Stanęliśmy jak wryci i pomyśleliśmy, że może to bulbowiec. Mieliśmy już uciekać do Borku, ale on się szybko zorientował, że my się boimy, a widząc kobietę, dzieci malutkie i nas niezbyt wyrośniętych zaczął dawać ręką znaki i nawoływać, żeby się nie bać i iść do niego. Ruszyliśmy pomału w jego stronę. Powiedzieliśmy sobie, że to na pewno ktoś kto ocalał, bo jeśli byłby to bulbowiec, to pędziłby za nami.

Zbliżyliśmy się do siebie i kiedy dzieliła nas już odległość około 200 m poznałem, że był to Muzyka Józef, mój sąsiad, ten, o którym wspominałem na wstępie. Po chwili on nas też rozpoznał i zaczął biec do nas. Spotkaliśmy się na łące, zwanej Brzeziną, położonej za wsią na wysokości dworu Kończewskich w stronę Jagodzina.

Kiedy dopadł nas, płakał i pytał, czy idziemy od strony Sokoła. Powiedzieliśmy, że tak. Pytał mnie, czy nie widziałem jego żony i dzieci, bo on ich ukrył w lochu po ziemniakach, zamaskował, a sam czołgając się do swej kolonii położonej koło Strycharza niedaleko Pietrówki, niedaleko do Nowego Jagodzina cudem ocalał, a teraz idzie po nich. Powiedziałem, że nie ma po co iść, bo oni są wybici. Widziałem ich na placu szkolnym, w kościele i na polanie, gdzie zabijano nas. Jego żona była z córką Grażyną i chłopczykiem (nie pamiętam jak miał na imię). Kiedy wszystko opowiedziałem mu o jego rodzinie, wziął twarz w dłonie i zaczął głośno płakać, a my razem z nim. Po krótkiej chwili opuścił ręce i spojrzał na mnie. Powiedział: „ Oleś, twój ojciec żyje i twój stryj Łukasz z żoną i dziećmi: Felkiem, Antkiem i Jankiem. Wszyscy tuśmy pół godziny temu stali i rozmawiali. Oni poszli do Jagodzina, a ja szedłem po żonę i dzieci”.

Tak staliśmy chwilę i nagle widzimy, że od dworu Kończewskich jedzie kilka furmanek, a obok nich gęsiego sporo mężczyzn. Już mieliśmy uciekać, ale Muzyka powiedział, żebyśmy się nie bali, bo to Polacy z Jagodzina jadą do Ostrówek. Było to jednak już za późno. Jeszcze chwilę patrzyliśmy na nich jak wjeżdżali do wsi. Konie i krowy chodziły po polach.

Po chwili rzekł Muzyka do mnie „Jak mówisz, to już nie pójdę po nich”, idziemy razem do Jagodzina. Ruszyliśmy w drogę. Zaszliśmy tam pod wieczór. Wstąpiliśmy do domu blisko stacji kolejowej. Poprosiliśmy gospodarza (nazwiska nie znam, bo nie pytaliśmy), aby dał nam coś zjeść, a jeśli nie mają, to chociaż dzieciom. Kobieta wyłożyła duży gar gotowanych ziemniaków i podała jakiś żur. Było u nich sporo ludzi z Jankowiec, ci którzy uciekli przed bulbowcami. Trochę głód przegnaliśmy, i gdzie kto mógł odpoczywaliśmy.

Ludzie z Jagodzina wypytywali nas, jakim cudem ocaleliśmy i co widzieliśmy, ale jakoś nie było chęci do rozmowy. Za jaką godzinę przyszli do tego domu mój stryj Łukasz, ciotka, Felek, Antek i Janek. Przywitaliśmy się z płaczem i stryj mówi, że mój ojciec wie, że ja żyję i mnie szuka. Ktoś powiedział, ze ja poszedłem do Rymacz, więc on też tam poszedł, ale mam nigdzie nie odchodzić, bo on ma tutaj przyjść, do tych ludzi, u których teraz byliśmy. Tak się umówił ze stryjem.

Po godzinie zobaczyłem się z ojcem. Jakie to było spotkanie, każdy może sobie wyobrazić. Wieczorem przyjechali z Ostrówek ludzie z samoobrony (z Jagodzina i z Rymacz) i przywieźli spod Sokoła żonę Kalety i mamę Pawła. Były one trafione w szyję a ustami wyszły kule. Jeszcze żyły, ale w drodze zmarły. Przywieźli jeszcze chłopaka, którego wyciągnęli z dołu. Był on raniony siekierą. Kaleta pochował swoją żonę na cmentarzu w Rymczach, a Paweł swoja mamę, a moją wujenkę pochował przy torze z lewej strony stacji kolejowej. Obaj wykopaliśmy dół a ludzie włożyli ją do dołu. Usypaliśmy mogiłkę, postawiliśmy naprędce zrobiony krzyż. Pożegnaliśmy wujenkę i poszliśmy na nocleg.

Było to już przy stacji kolejowej, bo każdy bał się iść dalej, aby bulbowcy nie napadli w nocy. Stacja była usypana wałem ziemnym i Niemcy pełnili cała dobę wartę. Nocą pełnili wartę starsi i młodzież, spały tylko dzieci. Rano starsi poszli do Niemców prosić, żeby pozwolili zabrać się nam węglarkach pociągiem do Dorohuska. Niemcy odpędzili nas od pustych wagonów wracających z frontu wschodniego. Pamiętam, jak pociąg wjechał na stację i ludzie zaczęli włazić do wagonów. Nazbierało się ich już sporo, tych niedobitków. Niemcy stanęli w rozkroku i skierowali do nas pistolety maszynowe. Krzyczeli „raus verfluchte” i odganiali od pociągu. Jeden z mechaników, a była to drużyna polska, podszedł do nas nieznacznie i po cichu powiedział, żebyśmy nie stali tutaj, bo i tak nie pozwolą nam wejść. Mamy iść wzdłuż torów w stronę Bugu, a on odjedzie parę kilometrów od stacji i zatrzyma pociąg. Wtedy mamy wsiadać do węglarek i cichutko siedzieć, bo na Bugu jest kontrola, ale tylko parowozu. Ten mechanik był Polakiem.

Zrobiliśmy tak, jak nam kazał. Poszliśmy ponad torem. Po jakimś czasie usłyszeliśmy gwizd pociągu. Ruszył ze stacji. Odeszliśmy jakieś trzy kilometry, podjechał do nas, zatrzymał pociąg, powsiadaliśmy, pociąg ruszył w kierunku Bugu. Tam Niemcy zatrzymali pociąg, głośno rozmawiali, ale do wagonów nie zaglądali. Po chwili pociąg ruszył i szczęśliwie dojechaliśmy do Dorohuska. Pociąg zajechał trochę dalej za stację i tam się zatrzymał. Mechanik zawołał, żebyśmy wysiadali pomału i szli w stronę osady. Wysiedliśmy z wagonów i małymi grupkami szliśmy do osady Dorohusk.

W osadzie zatrzymali nas granatowi policjanci, Polacy i zaczęli nas rozpytywać o wszystko. Starsi opowiadali, co się stało. Po chwili podszedł do nas Niemiec w żółtym ubraniu ze swastyką na rękawie. Potem dowiedziałem się, że był to dowódca Hitlerjugend. Gdy go granatowi zobaczyli idącego w naszą stronę, kazali nam dużo nie mówić, bo tu jest dużo Ukraińców i może być niedobrze. Przyszedł do nas, porozmawiał (umiał trochę po polsku) i poszedł.

Ktoś powiedział, żebyśmy szli do szkoły. Poszliśmy. Tam zeszli się prawie wszyscy, którzy przyjechali. Odstąpiono nam jedną salę. Przyszli ludzie z Dorohuska, przyszedł ksiądz Suprun i zaczęli o wszystko wypytywać. Piekarnia była obok, więc zorganizowano nam świeży chleb i czarną kawę. Było to wszystko bardzo dobre. Pod wieczór przyszło paru Niemców. Jeden był starszym stopniem. Popatrzyli na nas, porozmawiali miedzy sobą. Po chwili przyszedł ksiądz. On umiał po niemiecku. Porozmawiał trochę z tym oficerem. Niemcy poszli, a ksiądz powiedział do ludzi, że trzeba szkołę opuścić do jutra, jeśli nie, to zabiorą nas do obozu. Ksiądz zwrócił się do ludzi z Dorohuska, aby zabrali nas do siebie, ile kto może, choć na krótki czas, a potem jakoś się ułoży. Zaczęli zgłaszać się chętni i do zmroku rozeszliśmy się. Mnie i ojca zabrali państwo Grabowscy. On prowadził restaurację, ona była nauczycielką. Tam byłem przez tydzień. Grabowska miała dom letniskowy, wynajęty u Kuźmiuka. Tam nieraz chodziłem i tam poznałem Łukaszczuków. Łukaszczukowa poprosiła Grabowską, abym u nich został. Pani Grabowska zgodziła się. I tak u Łukaszczuka pozostałem do wyzwolenia.

 

---------------

Wybór wspomnień.

podstrona jest częściąwww.wolyn.ovh.org

inne strony O KRESACH