Piotr Wojciechowski

MOJE DZIECIĘCE LATA I MOJEGO RODZEŃSTWA
SPĘDZONE WRAZ Z RODZICAMI W NIEDUŻYM MIASTECZKU 
ROKITNIE WOŁYŃSKIM.


Rodzina moja począwszy od pradziadków wywodzi się z rodziny hutniczej (byli hutnikami branży szklarskiej). 

Zawód ten zmuszał pradziadków, dziadków a także mojego ojca i jego rodzeństwo do prowadzenia wędrownego trybu życia, ponieważ wanna szklarska, co kilka lat była wygaszana w celu przeprowadzenia remontu kapitalnego, lub postawienia nowej wanny szklarskiej. Wtedy moi dziadkowie, ojciec i stryjowie zmuszeni byli wyjeżdżać do innych hut i tak: z Hancewicz wyjechali do Trąbek „Huta „Czechy”, następnie do Sosnowca, Piotrkowa Trybunalskiego, Grajewa i do Rokitna „Huty Vitrum”, gdzie moich rodziców i stryjów zastała wojna. Był to najdłuższy pobyt moich rodziców w Rokitnie. Tu urodziła się siostra Maria, ja i najmłodsza siostra Genowefa.

Rodzice po zawarciu związku małżeńskiego w 1931 roku w Grajewie przyjechali do Rokitna, gdzie ojciec zaraz rozpoczął pracę w hucie szkła. Zamieszkaliśmy jako lokatorzy w domu pana Pińczuka przy ul. 3 Maja. W tym domu urodziła się siostra Maria, w październiku 1932 roku. W tymże samym miesiącu i roku przyjechali rodzice mojej matki z synem Wacławem i córką Bronisławą i zamieszkali obok domu, w którym mieszkaliśmy.

Dziadek Józef, brał udział w I wojnie światowej i był wcielony do armii carskiej, skąd dostał się do niewoli niemieckiej. Kiedy wrócił z niewoli, zaczął chorować i już nie wyleczył choroby nabytej w wojsku.

W grudniu 1934 roku umiera i zostaje pochowany na cmentarzu w Rokitnie. Grobem dziadka opiekowały się dzieci Wacław i Bronisława aż do wyjazdu z Rokitna. Babcia Maria jako wdowa zmuszona była pracować jako gospodyni w pałacyku w parku koło stacji jednocześnie pomagała rodzicom przy wychowywaniu wnuków.

Dziadek Kowalczyk w carskim wojsku.      Przy grobie ojca, Bronisława i Wacław. 

Tu życie hutników toczyło się trybem normalnym tworząc jedną wspólnotę rodzinną, do której przyłączyła się moja rodzina. 

Na pierwszym miejscu była praca w hucie a po pracy: łowienie ryb w pobliskich rzekach i w Rokitniance, która przepływała, przez Rokitno. W pobliskich lasach zbierano grzyby i owoce leśne, jagody czarne, błochinie i jeżyny oraz łowienie ptaków, które hodowano w klatkach. Duże ptaki po zabiciu były odpowiednio preparowane i wypychane, a następnie sprzedawane. Od wypychania ptaków był dobrym fachowcem starszy brat mego ojca Karol. 

Na przełomie roku 1933/34 ojciec otrzymuje mieszkanie hutnicze w tzw. „czworaku huckim” przy ul. Ostoi. Tu ja przychodzę na świat 30 września 1934 roku.


Tak pracowali hutnicy w Rokitnie. 

Mieszkając przy ul. Ostoi zapamiętałem pierwsze moje indywidualne dziecięce wybryki:

(Miałem około 4 lat. Było upalne lato, ja usnąłem w południe. Mama zostawiła mnie samego w domu, a sama wyszła na zakupy. Kiedy się przebudziłem i doszedłem do wniosku, że nie ma nikogo w domu wpadłem na pomysł, żeby wyjść przez pozostawione otwarte okno, ponieważ drzwi były zamknięte. W jaki to sposób ten wyczyn zrobiłem nie pamiętam. Zapamiętałem tylko to, że znalazłem się na ul. Parkowej idąc do cioci Lenkowej, do której drogę doskonale pamiętałem. I tu mama swego uciekiniera odnalazła.)

Z opowiadania rodziców i starszej siostry dowiedziałem się, że byłem ciekawskim majstrem klepką – popsuj. Wszystko mnie interesowało i zaraz chciałem rozbierać by zobaczyć, co jest w środku. Jak pamiętam pierwszym moim eksperymentem to była ulubiona lalka mojej siostry Marysi. Najpierw lalce rozprułem brzuch, oderwałem głowę, ręce i nogi no i lalka była już nie do naprawy jedynie nadawała się tylko do wyrzucenia. Jaką karę za to otrzymałem, to nie pamiętam.

Moje pierwsze zdjęcie z siostrą Marysią, Rolitno 1937 r. Moi rodzice: z dziećmi:  w Rokitnie przy ul. Ostoi w 1938 r. Marysią i Piotrem

                                   
Mając 4 lata bardzo mało mówiłem, wszystko rozumiałem, tylko nie mogłem wyrazić swoich myśli i dlatego stwarzałem dużo kłopotów rodzicom i innym. 

W 1938 roku, byliśmy z mamą na wakacjach w Puznówce u wujka Packa, który prowadził gospodarstwo rolne oraz posiadał nie dużą pasiekę pszczół.

Bawiąc się na podwórku zauważyłem kota, z którym zacząłem się bawić i postanowiłem go nauczyć pływać, a że był uparty i ciągle mi uciekał, postanowiłem kota wrzucić do studni by się nauczył pływać. Co prawda narobiłem kłopotów, ponieważ były trudności z wyciągnięciem go. Czy żywego kota wyciągnięto - to nie pamiętam?

W 1938 roku przeprowadzamy się do „czworaku „huckiego” przy ul. Parkowej, a w późniejszym czasie przeprowadzamy się do czworaku murowanego („murowańca”) po drugiej stronie ul. Parkowej i mieszkamy w nim do zakończenia wojny i wyjazdu na zawsze z Rokitna.

Zaraz po przeprowadzce na ulicę Parkową do drewnianego czworaku, pewnego pięknego zimowego dnia wybraliśmy się z siostrą na spacer udając się do znajomych z ul. Ostoi. Stamtąd całą gromadką rówieśników poszliśmy nad rzekę Rokitniankę po wodę, ponieważ już była wczesna wiosna i zaczęły się roztopy. Siostra i ja nie pamiętamy, jakim sposobem znalazłem się w rzece. Siostra złapała mnie za nogę i wołała o pomoc. Starsi koledzy widząc to zajście z mostu szybko przybiegli: Zenek Dytkowski i nasz kuzyn Marian Lenk pomagając siostrze w ratowaniu młodszego brata. Siostra wzięła mnie za rękę i płaczącego, zmarzniętego i wystraszonego poprowadziła do domu.

Po przyjściu do domu zaraz było nacieranie spirytusem i gorąca herbata i przymusowe leżenie pod pierzyną, a siostra otrzymała odpowiednie lanie za nie pilnowanie młodszego brata. 

24 sierpnia 1939 roku następuje powszechna mobilizacja do wojska. Ojciec zostaje zmobilizowany do jednostki KOP w Rokitnie, skąd wyjechał na front za Lwów. 

Ojca żegnała najbliższa rodzina. Dworzec kolejowy był wypełniony przez ludzi żegnających swoich najbliższych, ukochanych synów, mężów i ojców.

Kiedy pociąg odjeżdżał na ostatnie pożegnanie było tylko uniesienie rąk i wpatrywanie się w odjeżdżający pociąg i słychać było tylko płacz. Z dworca kolejowego szliśmy do domu przez Osiczki w smutku i ciszy.

Nadszedł okres bezustannego wyczekiwania... Kiedy to nasz ukochany tatuś wróci z wojny? Wracających z wojny żołnierzy z siostrą Marysią ze łzami w oczach pytaliśmy czy nie widzieli naszego tatusia? Żołnierze widząc nasz smutek w oczach pocieszali nas, że tatuś idzie za nimi i musimy jeszcze poczekać. Nasz tatuś z wojny nie wrócił.

Nadszedł dzień 17 wrzesień 1939 rok. Sowieckie czołgi wjechały do Rokitna a za nimi weszła piechota, która z sobą prowadziła polskich żołnierzy do niewoli. I tak zaczęło się nasze życie pod okupacją sowiecką. Dużo rodzin z Rokitna zostało wywiezione na Sybir. 

Najwcześniej zostaje uruchomiony tartak, w październiku ruszyła Huta Szkła „WITRUM”, której dyrektorem zostaje Szewczuk


Tartak w Rokitnie. 

Powstaje dziesięcioletnia szkoła, w której są zatrudnieni nauczyciele polscy. Uczono po polsku, a wykładowym językiem był język ukraiński.

Powstaje też przedszkole (Dzieckij Sad), a mieściło się ono w budynku obok parku (w Osiczkach).1 

Dla nas nadeszła chwila radosna Matka dowiedziała się, że ojciec żyje, jest ciężko ranny, i leży w szpitalu we Lwowie. Natychmiast pojechała w odwiedziny do ojca. Ojciec był ciężko ranny w prawy bok, odłamek usadowił się dość głęboko koło prawego płata płucnego (odłamek pozostał na zawsze, ponieważ operacyjnie nie było możliwości by go usunąć). Miał uszkodzone przez odłamki dwie nogi, bardziej była uszkodzona prawa noga – kolano.

Tych obrażeń doznał w potyczce z Niemcami 16 września 1939 roku pod Sądową Wisznią koło Gródka Jagielońskiego niedaleko Lwowa. Granat rozerwał się pod nogami ojca (działo się to w nocy na drodze). Ojciec po doznaniu ran ostatnimi siłami przeczołgał się na pobocze drogi a następnie zsunął się do rowu i w ten sposób uniknął śmierci, która groziła mu przez rozjechanie przejeżdżającą kolumnę czołgów. Po przejechaniu kolumny czołgów jechała kolumna sanitarna, która zauważyła leżącego w rowie rannego żołnierza wołającego o pomoc. Ojciec otrzymał zaraz pierwszą pomoc i został przywieziony do szpitala we Lwowie.

Matka w szpitalu odwiedziła ojca tylko jeden raz, ponieważ była w tym czasie w ciąży wysoko zaawansowanej. 

3 stycznia 1940 roku przychodzi na świat najmłodsza siostra Genowefa. (Dla rodziny Gieniusia)

23 stycznia 1940 roku wraca do domu o kulach nasz ukochany tata. Podróż pociągiem była bardzo uciążliwa ze względu na duże trudności poruszania się nawet o kulach. Również miał trudności z przesiadką w Sarnach, z pomocą przyszli podróżni. Przez całą podróż ojcem opiekowali się również podróżni.

Z dworca kolejowego w Rokitnie zawiadomiono nas o przyjeździe ojca oczekującego na dalszą pomoc. Matka z bratem Wacławem, z sankami udali się na dworzec by przywieźć ojca do domu.

Ojciec po powrocie ze szpitala 23 stycznia 1940 roku, miał trudności z chodzeniem i potrzebował opieki. Trzeba go było zimą wozić sankami na opatrunki, gdzie taką pomoc otrzymał od mamy brata Wacława i ojca siostrzeńca Bernarda. Ojciec dopiero wiosną zaczął chodzić o dwóch kulach, a latem ćwiczył chodzenie o lasce. 

Po 3 miesięcznym odpoczynku po porodzie matka zmuszona była pójść do pracy do huty, gdzie pracowała przy załadunku butelek do wagonów, które były podstawiane na rampie kolejowej. Wyroby opakowań szklanych były dowożone z huty wąskotorową kolejką.

W tym trudnym dla nas okresie dużą pomoc otrzymaliśmy od naszej babci Kowalczykowej, która przez cały okres wojny opiekowała się nami, a najwięcej czasu poświęcała najmłodszej siostrze Gieniusi.

Ja i starsza siostra, Maria również w wolnych chwilach pilnowaliśmy Geniusi, a kiedy płakała, to żeśmy dawali zamiast smoczka ( wówczas smoczków nie było) smoczek zastępczy, wsypywaliśmy cukier do szmatki lnianej i zawiązywaliśmy nitką i w ten sposób powstawała taka kulka wypełniona cukrem, moczyliśmy ją w wodzie i dawaliśmy do ssania. Wtedy mieliśmy spokój z płaczem siostry.

Starsza siostra rozpoczęła naukę w szkole, ja poszedłem do przedszkola zwanego po rosyjsku, „Dzieckim Sadem”2. „Dziadek Mróz” przynosił nam paczki, a z tej okazji robiono nam zdjęcia ( w trakcie robienia zdjęcia przy choince z Dziadkiem Mrozem, błysk magnezji zapalił choinkę i spowodował pożar, byliśmy ewakuowani z przedszkola. Pożar ugaszono, a dzieci wróciły do innej sali.)


W 1941 roku Rokitno przechodzi pod okupację niemiecką. Skończyła się nauka w szkole, i chodzenie do przedszkola. Trzeba było sobie radzić w inny sposób. Brat mamy - Wacław zorganizował dla dzieci do lat 12 naukę zwaną „kompletami”, której udzielał u nas w domu.

Nauka ta trwała nie długo, ponieważ zaczęły się przymusowe deportacje młodzieży na przymusowe prace do Niemiec. Wywózka Polskiej młodzieży nie ominęła, Rokitna. Z mojej rodziny zostali wywiezieni: siostra mamy Bronisława Kowalczyk i siostrzeniec taty Bernard Lenk.

Bronisława do końca wojny pracowała na robotach przymusowych w Diseldorfie w fabryce amunicji.

Na przełomie 1941 – 1942 roku poszedłem do I Komunii Św., której udzielił ks. Proboszcz Brunon Wyrobisz w kościele p. w, Św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Rokitnie.

       
Ks. Proboszcz Brunon Wyrobisz.              Grota postawiona obok kościoła.

Latem 1942 roku Niemcy przystępują do likwidacji getta żydowskiego w Rokitnie. Spędzono na placu targowym około 1400 Żydów wraz z dziećmi. Żydzi widząc, co się dzieje i co im grozi powodują wielkie zamieszanie i podejmują ucieczkę w różne strony placu. Zaczęła się strzelanina, w której zginęło ponad 400 Żydów, około 300 żydów zbiegło, a resztę Żydów w nieludzki sposób zapędzono na stację kolejową, gdzie na nich czekały towarowe wagony i wywieziono w kierunku Sarn. Część zbiegłych Żydów ukrywała się w lasach dołączając do powstających oddziałów partyzanckich. Ocalałym Żydom w dużym stopniu pomagała okoliczna ludność polska.2


Jarmark w Rokitnie odbywał się 5-go i 18 każdego miesiąca. Na ten plac Niemcy spędzili Żydów. 


W Rokitnie powstaje policja ukraińska, a w lesie zaczęły się tworzyć bandy ukraińskie, które miały wymordować Polaków, by stworzyć niepodległą Ukrainę, (samostijną Ukrainę)3, jak obiecali Niemcy. Najpierw mordowano pojedyncze osoby i rodziny, później całe wioski zamieszkałe przez Polaków. Nie oszczędzano kobiet, dzieci i starców, jak również nie litowali się nad małżeństwami mieszanymi. Tymi bandytami okazali się ludzie tak zwani „bulbowcy”, ludzie samozwańczego atamana o pseudonimie „Taras Bulba”. Bulbowcy (bandyci) przekonywali ludność ukraińską, że dopóki będzie zamieszkiwał, chociaż jeden Polak na ziemi ukraińskiej, to nie powstanie samostijna Ukraina.3

W czasie okupacji niemieckiej jako dziecko ze starszą siostrą pomagaliśmy rodzicom. Pilnowaliśmy na pastwisku kozę, która była naszym źródłem utrzymania, a szczególnie dla mnie, ponieważ ja byłem po przebytej chorobie, jaką była szkarlatyna. Chleba, z przydziału na kartki zawsze nam brakowało, jak również ten chleb trzeba było zawsze wystać w kolejce. Wieczorami z siostrą mieliliśmy na młynku od kawy żyto na gruboziarnistą mąkę, z której mama robiła tak zwaną zacierkę i gotowała ją na kozim mleku. Dla nas ta zupa mleczna była rarytasem, ponieważ w tym czasie - latem jadło się również smażone na płycie kuchennej kotlety z ziela – lebiody i otrąb z prosa.

W czasie okupacji niemieckiej dzieci w wieku szkolnym miały dużo wolnego czasu, ponieważ szkoły były zamknięte. Wczesną wiosną biegaliśmy boso aż do później jesieni. Nasze ulubione zabawy to były: gra w palanta, zabawa w bandytów i policjantów. Przy tych zabawach zachodziła konieczność równego podziału drużyn pod względem siłowym i wysportowanym. 

Sprawiedliwym podziałem był wybór 2 kapitanów, którzy odchodzili od siebie na pewną odległość i idąc ku siebie, stawiali stopę za stopą. Kto pierwszy zakrył powierzchnię ziemi stopą ten wybierał pierwszy. Po wyborze drużyn rozpoczynaliśmy zabawę. 

Ja i moi rówieśnicy lubiliśmy jazdę z fajerką, którą ściągaliśmy mamie z blatu kuchni. Żeby ją uruchomić w ruch obrotowy, trzeba było wykonać z drutu grubszego (o średnicy 6 –8 mm) w kształcie pogrzebacza, tylko zamiast na końcu zagiętego haczyka wyginało się tak zwaną prowadnicę w kształcie litery „V” tylko dolną końcówkę litery zaokrąglało się żeby swobodnie poruszała się fajerka. Największą dla nas frajdą była jazda po deszczu, kiedy było dużo kałuż z wodą o różnej głębokości, które stanowiły duży stopień utrudnienia przy ich sforsowania.

Zimową porą często jeździłem na nartach i łyżwach, które przykręcałem do butów. Przednia część łyżwy była przykręcana do zelówki a tylna część była mocowana w obcasie za pomocą tzw., „płaścinki”, która była przykręcona do obcasów. Tylna część łyżwy miała również wycięty podłużny otwór na pasek skórzany, który przechodził przez ten otwór, a następnie ściągany na przegubie stawowym ( kostki ze stopą).

Zimy w tym regionie bywały przeważnie mroźne i z dużymi opadami śniegu sięgające nawet do 2 m. Trzeba było kopać korytarze żeby można było przejść do komórek gospodarczych, czy wyjść do sklepu lub do pracy. 

Zawsze, w każde Boże Narodzenie z pomocą mamy robiłem szopkę, która była wykonana z listewek w kształcie prostopadłościanu z dachem 4 spadowym. Spód szopki miał twardą dyktę i tylna część również miała dyktę, do której był mocowany kij o wysokość około 1,5 metra. W tylnej ścianie również były zrobione małe drzwiczki, przez które wymieniało się świece. Do podłogi szopki był wycinany z dykty krążek takiej wielkości, aby swobodnie mógł się obracać w koło nie ocierając ścian szopki. Na brzegu krążka przyklejało się zwierzęta, pastuszka i Trzech Króli. Krążek umocowywano w taki sposób, aby za pomocą ręki można było go obracać. Była to zazwyczaj zrobiona korbka, którą obracało się krążek. Końcową fazą zakończenia szopki było oklejenie ją papierem pergaminowym. Na przedzie szopki na wysokości krążka na papier pergaminowy naklejało się żłobek z Jezusem, Matką Boską i św. Józefem, a u góry naklejało się gwiazdy o różnej wielkości. Po zapaleniu świecy widoczne były cienie ludzi i zwierząt, które przesuwały się w kierunku żłobka. Z szopką przeważnie chodziło 4 kolędników - ja z siostrą, a pozostałej dwójki nazwisk i imion nie pamiętam. Z kolędą nawet potrafiliśmy dotrzeć do koszar niemieckich, ale nie zawsze nam się udawało. Chodząc po kolędzie zarobione pieniądze dzieliliśmy na równe części. W ten sposób zarobione pieniądze przekazywaliśmy do skromnego budżetu domowego.

Latem często chodziliśmy z ojcem na ryby, gdyż ojciec był zagorzałym wędkarzem. Wędkowaliśmy przeważnie na rzece Rokitniance. Często można było złapać szczupaka, płotkę i leszcza, natomiast na łowienie kiełbi chodziliśmy na kładkę przy stacji pomp („wodokaczkę”). Kiełb to nie duża ryba, z której mama smażyła smaczne kotlety.

Po ponownym wkroczeniu Wojsk Radzieckich, do Rokitna w 1944 roku, niezwłocznie zostaje ogłoszona powszechna mobilizacja do wojska. Z mojej rodziny na komisję poborową zostaje wezwanie tylko wujek Wacław – brat matki. Na komisję poborową trzeba było się stawić do Białokorowicz. Wujek z kolegą Filipowiczem zostali zwolnieni ze względu na wzrok, ponieważ chodzili w okularach. Po 6 miesiącach, wujek ponownie zostaje wezwany na komisję poborową, tym razem do Równego. Do Równego specjalnie przyjeżdża dyrektor huty z prośbą o zwolnienie ze służby wojskowej hutników, ponieważ grozi hucie wstrzymanie produkcji. Zostaje zwolnionych 7 hutników wśród nich jest wujek. Wujek Wacek zostaje bronirowany4. Oprócz pracy w hucie wujka wysyłają z partyzantami na wioski i futory ukraińskie w celu likwidacji band ukraińskich. Bywało tak, że trzeba było nocować pod strachem, że mogą napaść bulbowcy. Matka wujka i moi rodzice żyli w obawie o wujka przed utratą jego życia z rąk bandytów pod koniec wojny. Starają się o wcześniejszy wyjazd do Polski. Koledzy wujka Edek i Heniek Hyra mając znajomości w Równym załatwiają sobie i wujkowi karty repatriacyjne i we trójkę najwcześniej wyjeżdżają z Rokitna do Polski centralnej. Wujek udaje się do Puznówki - rodzinnej wioski swojej matki do jej brata Józefa Packa. 

Zostaje otwarta szkoła podstawowa, w której kontynuuje dalszą naukę starsza siostra Maria, ja natomiast rozpocząłem naukę po raz pierwszy. Nauka w szkole nie przeszkadzała mi w pomaganiu rodzicom (pilnowania kozy) i w zabawie z rówieśnikami. Ulubioną zabawą moją i moich rówieśników to była zabawa w wojsko, jazda z fajerką wyciągniętą mamie z kuchni, gra w palanta i gra w tak zwanego piekarza. Najbardziej niebezpieczną zabawą to była jazda na lorkach kolejki wąskotorowej, na których z huty wożono wyroby szklane do stacji kolejowej. Pustą lorkę wypychaliśmy na wzniesienie (górkę), natomiast druga lorka stała niżej. Jadąc z górki na lorce, która jechała, coraz szybciej w kierunku stojącej. W trakcie zderzenia ze stojącą lorką przeskakiwaliśmy na nią, która z nami jechała dalej. Była to dla nas wielka nie bezpieczna frajda. Bawiliśmy się również w policjantów i złodziei. Odpowiednim terenem był park i Osiczki.

Nauka w szkole i te swawole młodzieńcze trwały do 1945 roku.

Wiosną 1945 roku na podstawie decyzji Głównego Pełnomocnika Tymczasowego Rządu Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej powstaje Komisja Repatriacyjna, której celem było wystawianie kart ewakuacyjnych dla Polaków i wysyłanie ich transportem kolejowym na tereny zachodnie Polski i na Mazury.

Wcześniejszym transportem wyjechała babcia Maria Kowalczykowa ze starszą siostrą Marią z zamiarem dojechania do swego brata Józefa Packa i syna Wacława, który wyjechał wcześniej z Rokitna do Puznówki koło Pilawy, pow. Garwolin.

Zamiar się nie powiódł, transport dotarł na Mazury do Olsztyna i tu babcia z siostrą zamieszkali. 

Ja z rodzicami i młodszą siostrą z Rokitna wyjechaliśmy następnym transportem w czerwcu 1945 roku, który został skierowany na południowy zachód Polski w kierunku Wrocławia.

Po przekroczeniu Bugu nasz transport jechał w kierunku Krakowa. W Krakowie w czasie dłuższego postoju ojciec z kierownikiem transportu i zawiadowcą stacji załatwia przesiadkę w kierunku Warszawy do stacji Pilawa. Po przeładowaniu na lorę naszego dobytku, jakim były meble rzeczy osobiste oraz koza i ulubiony piesek – Nero.

W trakcie długiego wyczekiwania na wyjazd z Krakowa, młodsza siostra zaczęła płakać i wołając o jedzenie, a mama tłumaczyła jej, że już zapasy się wyczerpały i tylko może dostać mleka po wydojeniu kozy. Tej scenie przyglądał się i przysłuchiwał stojący nie daleko nas chłopiec w wieku 12-13 lat. Chłopcu zrobiło się żal siostry, doszedł też do wniosku, że my też możemy być głodni. Chłopiec natychmiast zniknął na jakiś czas, by pojawić się z powrotem z bochenkiem chleba twierdząc, że przynosi chleb za zgodą rodziców. Siostra otrzymawszy chleb z rąk chłopca bardzo się ucieszyła, a rodzice serdeczne chłopcu podziękowali.

Po kilku godzinach niecierpliwego oczekiwania na odjazd, nadeszła chwila wyjazdu. Lora nasza została przyłączona za parowozem do pociągu osobowego i zaraz nastąpił odjazd w kierunku Warszawy. Mama z siostrą jechały w przedziale wagonu osobowego, a ja z ojcem pilnowaliśmy kozy i psa na odkrytej platformie kolejowej. 

Po przyjeździe do stacji docelowej, jakim była Pilawa zaraz mama powiadomiła wujka Józefa Packa, który był bratem babci Marii. Wujek Pacek razem z mamy bratem Wacławem przyjechali furmanką i zabrali nasz dobytek, do Puznówki, która była naszym punktem informacyjnym o rodzinie wyjeżdżającej z Rokitna. Zamieszkaliśmy tymczasowo u wujka Packa. W tym czasie otrzymaliśmy wiadomość, że babcia Maria z siostrą Marią osiedlili się w Olsztynie.

Rodzice moi i babci syn Wacław natychmiast wyjechali do Olsztyna na podany adres. Po dwóch miesiącach lub 3 dokładnie nie pamiętam syn wraca z babcią i siostrą do Puznówki, która jest rodzinnym miejscem babci. Tu się urodziła babcia i jej rodzeństwo brat Józef i 4 siostry, które po wyjściu za mąż zamieszkali: Katarzyna Przybys zamieszkała w Kościeliskach koło Garwolina, Helena Górska zamieszkała w Rudniku koło Osiecka, a dwie siostry Franciszka Szostak i Aleksandra Jaworska mieszkały w Puznówce.

Mieszkając w Puznówce, a później spędzając wakacje u babci często robiłem wycieczkę rowerową odwiedzając ciotki.

Wieś Puznówka jest położona przy drodze Warszawa – Lublin. Droga ta przecina część wioski. Wieś Puznówka jest wsią dość dużą i ciągnie się około 5km. W wiosce był sklep spożywczo-przemysłowy, remiza ochotniczej straży pożarnej, w której odbywały się różnego rodzaju uroczystości i zabawy taneczne. Była też szkoła podstawowa i dwie kuźnie.

W 1946 roku z rodzicami przenosimy się do Olsztyna na stałe i zamieszkujemy przy ul. Tczewskiej, gdzie osiedlali się hutnicy z Rokitna.


1  Ze względu na wiek opisuję okupację sowiecką na podstawie opowiadań rodziców i najbliższej rodziny.
2  Dane liczbowe o zagładzie Żydów podano na podstawie książki „Rokitno” H. Dąbkowskiego
3  Samostijna Ukraina – niepodległa Ukraina
4  Bronirowany – na każde wezwanie musi się stawić do władz wojskowych.

Wspomnienia z Rokitna Wacława Kwalczyka

---------------

Wybór wspomnień.

podstrona jest częściąwww.wolyn.ovh.org

inne strony O KRESACH