Fragment historii rodziny, spisanej przez Annę Budzińską na podstawie wspomnień Władysławy Mróz z d. Słójkowskiej i jej siostry Teresy Pankalla z.d. Słójkowskiej, a także opowieści babci Bronisławy Jakubiec- Słójkowskiej z. d. Przewłockiej.

 Dziadek Jan Słójkowski został przeniesiony z Torunia na Kresy Wschodnie do Nowomalina. Był policjantem. Wtedy przeniesiono tam wielu policjantów do walki z ukraińskimi bandami i do ochrony polskich obywateli. Mam zdjęcie młodego Jana z kolegami policjantami- pewnie wszyscy już nie żyją. A na zdjęciu są rozczulająco młodzi i jeszcze nie wiedzą co ich tam czeka. Pewnie wszyscy założyli rodziny i marzyli o dobrym życiu na Kresach. Wierzyli w swoją misję, chcieli zaprowadzić ład, czuli się patriotami. Nie wiedzieli, że za wiele lat, po wojnie ich dzieci będą musiały ukrywać fakt, że byli sanacyjnymi policjantami, że będą za to szykanowane. Nie wiedzieli też jaki koszmar sprawi los im i ich rodzinom w czasie wojny. A może któryś z nich przeżył? Może ktoś ich rozpozna i dopisze dalszy los historii przyjaciół ze zdjęcia?

Wróćmy do Jana. Na Kresach Jan poznał Bronisławę - młodą dziewczynę, sierotę, wychowankę zakonnic. Ojciec Broni był leśniczym, był też żołnierzem Hallera. Wrócił z wojny, ale został zamordowany wraz z żoną- matką Bron i- przez Ukraińców, gdy wracali bryczką przez las do domu z wizyty u rodziny. Było to w 1921 roku, w pobliżu miejscowości Chiniówka, w drodze do Nowomalina. Bronia z siostrą zostały oddane na wychowanie do zakonu, ich bratem chyba zajęła się dalsza rodzina. Życie sierot u zakonnic nie było łatwe. Nie wiem w jakich okolicznościach poznali się Jan i Bronisława. Może to było małżeństwo zaaranżowane przez zakonnice?, może poznali się na jakimś wieczorku tanecznym?, może Jan wypatrzył ładną, młodą dziewczynę u zakonnic?, może jeszcze inaczej to się odbyło; w każdym razie pobrali się i razem zamieszkali w Nowomalinie. Dziadek Jan Słójkowski zapewnił babci spokojne życie i dostatek, on babcię kochał i rozpieszczał. Dziadek Jan był policjantem, czyli urzędnikiem państwowym, jeździł na koniu, w mundurze i wyglądał bardzo elegancko. Moja mama Władysława urodziła się w Nowo-Malinie (w dowodzie ma pisane razem, księdze urodzin oddzielnie) - to też w pow. Zdołbunów, czyli blisko Ostroga. Wyciąg jest z księgi urodzin i chrztów Urzędu Parafialnego obrz. Łac. W Sokalu - czyli chyba też w Nowomalinie nie było kościoła?

Dziadek podobno bardzo chciał mieć syna. Córka urodziła się bardzo słaba, z problemami. Szybko ją ochrzcili tym imieniem jakie sobie przyniosła, bo obawiali się, że nie przeżyje. Na szczęście Władzia szybko nabrała sił i rosła zdrowo.
W każdym razie mieszkali w NOWOMALINIE, mieli dom z ogrodem, mieli służącą i kucharkę. Mieli też psa, wilczura, który pilnował małą Władzię, gdy spała w ogrodzie - to była Aza, i mamy pies Sara był jakby wspomnieniem tej Azy z dzieciństwa. Na zdjęciu z tamtych, przedwojennych lat dziadek Jan opisał na odwrocie co przedstawia. To jedyne zdjęcie z Nowomalina. Żyło im się tam dostatnio - nawet w rogu pokoju wisiało radio i gdy ukraiński chłop wszedł i usłyszał gadającą skrzynkę to się przeżegnał ze strachu.

Kilka lat potem urodziła się Renia-Teresa. Dziadek pogodził się z faktem, że to znów dziewczynka i dalej trwała sielanka rodzinna- babcia była szczęśliwa, ale niedługo. W 1939 roku dziadek zaczął chorować. Był w szpitalu, potem w sanatorium. Chyba chorował na serce, a że był urzędnikiem państwowym to wysłali go do uzdrowiska (chyba w Truskawcu, ale nie wiem na pewno). Niestety w tamtym sanatorium dostał ataku operowali go, ale za późno i zmarł (nie wiem też na co go operowali). To jest oficjalna wersja podawana przez babcię rodzinie, ale jest bardzo wątpliwa i słyszałam też różne inne wersje. Właściwie nie wiem dokładnie na co chorował, bo informacje są różne i sprzeczne. Ostatnio nawet zastanawiam się czy to sanatorium to nie jakaś bajka, czy nie stało się z nim coś innego. Mógł po prostu zostawić babcię i związać się z inna kobietą i umrzeć, mógł ją rzucić wrócić na Pomorze i zginąć, mógł brać udział w jakiejś tajnej misji i zginął, mógł być w szpitalu i umrzeć, mógł być wywieziony do obozu, jak inni policjanci, mógł, mógł, mógł - tyle mogło się wtedy wydarzyć, a ja nie wiem co?! Wolałabym najgorszą prawdę niż te przemilczenia, które budzą wątpliwości. Babcia nieraz mówiła, że miał szczęście, że nie musiał przecierpieć wszystkich okropieństw, które ona sama z dziećmi musiała potem przeżywać- umarł i to było jego wybawieniem od gorszego losu. Było to na początku wojny, była zawierucha i babcia nawet nie mogła pojechać na pogrzeb (podobno). Nigdy nie były na jego grobie, nie wiemy nawet gdzie jest ten grób i czy w ogóle jest? Co roku stawiamy świeczkę i kwiaty dla dziadka na cmentarzu, na zbiorowym grobie bezimiennych. Musiała jednak babcia wiedzieć na pewno, że nie żyje, bo po wojnie powtórnie wyszła za mąż. Ale jak zmarł dziadek Jan?... zginął?...

W Nowomalinie na powitanie przychodzących Ruskich wszyscy policjanci wyszli ich witać i oddać honory. Mama to oglądała i pamiętała. Dziadka już nie było, mama mówiła, że na szczęście, bo Sowieci wszystkich tych policjantów aresztowali i wywieźli do któregoś z obozów: w Starobielsku, Ostaszkowie lub Katyniu. Rodziny przedwojennych policjantów też były zagrożone. W Nowomalinie ktoś uprzedził babcię Bronię, że wraz z dziećmi jest przeznaczona do wywózki na Sybir. Ktoś przyszedł do niej z tą informacją w nocy i jeszcze tej samej nocy babcia z córkami uciekła przez las. Znalazła się w Janowej Dolinie, ale nie wiem czy od razu. I tam przeszły potem piekło pogromu-rzezi ukraińskiej.
Przeżyły. Potem długo się tułały po różnych domach, przeżyły powstanie w Warszawie, aż w końcu osiadły we Wrocławiu, ale to już inna historia...


Anna Małgorzata Budzińska

 ---------------

Wybór wspomnień.

podstrona jest częściąwww.wolyn.ovh.org

inne strony O KRESACH