Rodzinę Gabrielczyków z Wołynia opisał Jerzy Gabrielczyk.

 

 

Józef za udział w trzech powstaniach śląskich otrzymał działkę gruntową w osadzie Kolonia Kościuszków, założonej przez polskich osadników wojskowych. Działka, o areale 20 hektarów, powstała w wyniku parcelacji majątku po generale carskim.

Działkę objął w 1922. Była ona poryta okopami otoczonymi drutem kolczastym i zarośnięta burzanami. Po usunięciu zasieków i wyrównaniu terenu zagospodarował ziemię według wzorów śląskich. W tym czasie mieszkał z braćmi Sierpińskimi w wykopanej wspólnie ziemiance. Ożenił się 2 września 1925 z Heleną z domu Sykut. Gospodarstwo rozwijał powoli. Najpierw - przy pomocy ojca, Jana, który w tym celu przybył ze Śląska - postawił wybudowany według śląskich wzorów dom. Był on bardzo prymitywny, albowiem skonstruowany z lepionej gliny i słomy. Potem wykopał studnię, postawił magazyn, stodołę i piwnicę. Nabył narzędzia rolnicze. Prowadził gospodarstwo rolne uprawiając zboża i hodując inwentarz żywy. Sprowadzając drzewka z Wielkopolski, na pięciu hektarach zasadził sad owocowy.

W roku 1926 urodziło się pierwsze dziecko - syn, Ryszard, a w roku 1928, drugi syn, Bogdan. W roku 1931 przeżył tragedię rodzinną. Po porodzie Marysi, trzeciego dziecka, zmarła żona. Również w tym samym roku piorun uderzył w stodołę, która się spaliła doszczętnie.

W lutym 1932 poślubił Helenę z domu Madej. Energiczna, pracowita gospodyni zabrała się do uporządkowania gospodarstwa i rodziny. Dzięki jej umiejętnościom zapanował ład, porządek i dobrobyt. Urodziły się następne córki, Zosia (1933) i Genowefa (1934). Razem, było pięcioro dzieci.

 

Stosunki z sąsiadami Ukraińcami układały się poprawnie. W samej Kolonii Kościuszków ich nie było, Ukraińcy mieli przeważnie gospodarstwa mniejsze, graniczące z kolonią wojskową. Z tymi sąsiadami żyło się tak jak odwiecznie żyje się na wsi, wspierając się wzajemnie na przednówku czy też użyczając wiosną, materiału siewnego. Kłopotów i zatargów raczej nie było. Te dobre relacje miały zaowocować w przyszłości.

 

23 sierpnia 1939 Józef Gabrielczyk został zmobilizowany do wojska. Skoro był już starszy wiekiem (39 lat) wyznaczono go do oddziału policji wojskowej, tzw. „machorkowej” (czyli pilnującej magazynów wojskowych itd.). Stacjonował w Kiwerce, miejscowości położonej na północ od Łucka. Gdy 3 września matka z Ryszardem wybrali się do niego z Kościuszkowa, w drodze powrotnej, bryczka, którą podróżowali, została ostrzelana przez samoloty niemieckie.

Armia Czerwona dotarła do Łucka w dniu 23 września 1939. W Kolonii Kościuszków żołnierze sowieccy pojawili się nieco później. W tym czasie wprowadziła się do domu Gabrielczyków młoda żona polskiego policjanta z Łucka wraz z maleńkim dzieckiem, niemowlęciem. Mąż jej uciekł (jak się później okazało słusznie), w obawie przed zbliżającymi się sowietami. Uaktywniły się także lokalne bandy ukraińskie. Jednego z osadników, siedzącego przy wieczerzy, zastrzelili przez okno. Nachodzili gospodarstwa, choć akcje nie były prowadzone z takim krwiożerczym zawzięciem jakiego później doświadczyła polska ludność na Wołyniu. Dwukrotnie, ostrzeżony przez sąsiadów-Ukraińców, Józef Gabrielczyk skrył się w lesie przed ukraińską bandą. Sypiał z pistoletem pod poduszką i zapisał się do, powstającego wówczas na tym terenie, Związku Walki Zbrojnej.

W styczniu 1940 ci sami przychylni sąsiedzi-Ukraińcy donieśli, iż szykuje się pogrom czy jakaś inna akcja, której przedmiotem mają być przypuszczalnie Polacy. Zauważyli stojące na bocznicach kolejowych, puste bydlęce wagony. Józef Gabrielczyk potraktował te ostrzeżenia poważnie. Sprzedał prawie wszystkie konie i krowy, zostawiając jedynie po dwie sztuki na wszelki wypadek. Zarżnął świnie. 

W dniu 10 lutego 1940, o godzinie 3-ciej rano zbudziło całą rodzinę łomotanie do drzwi oraz krzyki – „Dawaj! Dawaj! Otkroj!” Noc była śnieżna i mroźna, temperatura wynosiła -28C. Przybyli uzbrojeni czerwonoarmiści w mundurach wojskowych, w składzie lejtnant i dwóch bojców. Towarzyszyło im dwóch nowo mianowanych NKWDzistów. Z wojskowego umundurowania mieli na głowie jedynie niebieskie czapki (tzw „patelnie”). Byli to młodzi żydzi z Łucka, obywatele polscy, czyli renegaci. Cała piątka wtargnęła do pomieszczenia. Trzymając Józefa i Ryszarda pod lufą przy ścianie z podniesionymi rękami, przez cztery godziny przeszukiwali dom i obejście w celu znalezienia broni. Nie znalawszy niczego (pistolet był zapobiegawczo zamurowany w głębi obmurówki studni), jeden z nowych sojuszników Armii Czerwonej odczytał „prykaz” Wierchownogo Sowieta o przesiedleniu w „drugoi oblast”. Kazał pakować tylko tyle, ile się zmieści na jednych saniach, ale sprzeciwił się temu lejtnant i wręcz zalecił wcięcie wszystkiego co się da. Dzięki uprzejmości lejtnanta pozwolono zabrać tyle dobytku, ile się mieściło na trzech zaprzęgach (użyli do tego sań, którymi przyjechali, sań należących do Gabrielczyków oraz zaprzęgu pożyczonego od sąsiada-Ukraińca).

Czerwonoarmiści zgarnęli wszystkich domowników, łącznie z żoną policjanta i niemowlęciem. Groźni wrogowie narodu (trzech dorosłych i sześcioro dzieci w wieku 14, 13, 9, 7, 6 i 1) dotarli pod zbrojną eskortą do stacji kolejowej Nieświcz, odległej około 8 km od Kolonii Kościuszków. Tu czekały na nich i podobnych do nich wrogów ludu, wagony, zazwyczaj wykorzystywane do transportu bydła. W wagonie, do którego ich przydzielono, było już około 40 osób, ale jeszcze siódemka Gabrielczyków oraz przygarnięta dwójka musiała się tam zmieścić.

Dom i gospodarstwo, dwa konie, resztki inwentarza żywego (dwie krowy, drób), zapasy siewne w magazynie, narzędzia rolnicze, wszystko to pozostało w pod przymusem porzuconym gospodarstwie. Co się z tym stało, do dziś nie wiadomo. (Obecnie w miejscu gdzie stał dom nie ma śladu jakiejkolwiek budowli, ni drzewka nie widać po sadzie. Jest szczere pole). 

 

Skład stał na stacji jeszcze trzy dni, podczas których weryfikowano pojmanych. W tym czasie, czerwonoarmiści zorientowali się, że liczba wywożonych Gabrielczyków nie zgadza się z jakimś posiadanym przez nich spisem i zabrali żonę policjanta oraz niemowlę. Nie wiadomo, co się z nimi stało. Na bocznicy zjawił się też sąsiad-Ukrainiec, który wymienił na ruble posiadane przez rodzinę polskie złotówki. Należy uznać, iż w tym trudnym okresie, postępowanie tego człowieka oraz stanowisko lejtnanta-czerwonoarmisty przyczyniły się bardzo znacząco do tego, że rodzina przeszła cało w nienaruszonym składzie przez nadchodzącą gehennę.

Po wagonach gruchnęła wieść, iż wiozą Polaków na Sybir, i istotnie, pociąg ruszył na wschód, w kierunku Szepietówki (jeszcze w granicach przedwojennej Polski). W Szepietówce odbyła się przesiadka do szerokotorowych wagonów i po trzech tygodniach transportu, nastąpiła wysiadka w miejscowości Koriażma/Kopytowo, 60km na wschód od Kotłasu (archangielskaja oblast). Na stacji zesłańcy zostali wysadzeni na goły śnieg, mróz trzymał na poziomie ponad dwudziestu stopni. Z powodu choroby Marysi, rodzina spędziła tu dwa tygodnie koczując na śniegu w, przez siebie wybudowanym z płacht i pierzyn, szałasie, aż saniami wszystkich przewieziono po zamarzniętej rzece Wyczegda, na północ, na posiołek Charitonowo (solwiczegorskij rejon, archangielskaja oblast). Marysię zabrano do szpitala i dołączyła do rodziny dopiero pod koniec maja.

 

Na posiołku Józef Gabrielczyk i najstarszy syn Ryszard, pracowali w państwowych przedsiębiorstwach, Lespromtorgu i w Lespromchozie. Lespromtorg zajmował się handlem na posiołku. Ryszard pracował w piekarni wchodzącej w skład tego przedsiębiorstwa. Taskanie 50kg worków i wypiek chleba to była ciężką praca, jak dla trzynastoletniego niedożywionego chłopaka. Niemniej, łączyły się z tą pracą pewne przywileje, czyli dodatkowa (nieoficjalna) racja chleba. Józef pracował w lesie, przy wycince. Norma była wysoka, z jej wykonaniem łączyło się wynagrodzenie w formie rozmiaru otrzymywanej racji żywnościowej (zgodnie z zasadą – „kto nie rabotajet ten kuszat` nie budiet”). Normę liczono według liczby ściętych dziennie drzew. Codziennie pod wieczór, przychodził dziesiętnik i stawiał wielką czerwoną pieczęć na obydwu końcach zwalonej i obrobionej sosny, przygotowanej do zwałki do rzeki, zapisując w zeszycie, grubym, tępym ołówkiem, liczbę leżących pniaków. I co wieczór, po jego odejściu, zesłańcy odpiłowywali końcówki pniaków, w ten sposób „odświeżając” wykonaną robotę. Osiągnięcia zespołu pracującego przy zrywce były na tyle niesamowite, że wręcz mało wiarygodne, ale dziesiętnik się tym nie przejmował, miał rozkaz i go wykonywał. Nieistniejące drewno zostawało należycie zaksięgowane, norma została wykonana ponadnormatywnie.

Józef Gabrielczyk, w roli gruszczyka (ładującego pniaki), ściągał drewno na skraj wysokiego urwiska, z którego staczał je na skutą lodem rzekę Wyczegda. Tu na lodzie urobek się układało w wielkich stosach z pniaków przekładanych co raz na skos. Oczywiście, „składowanie” i „transport” nieistniejącego „zwalonego” drewna było dokładnie odnotowane i zaksięgowane. Zapewniało to zatrudnionym łagiernikom, uczestnikom procedury, uzależnionym od wykonanej normy, nieco lepszy poziom wyżywienia. Składowane drzewo cierpliwie czekało na odwilż. Dopiero w pierwszym tygodniu maja, jak wreszcie przyszła opóźniona w tym miejscu wiosna, lód pękł z hukiem tak wielkim jak strzały armatnie. Przygotowane sterty drewna w formie wielkich tratw ruszyły wraz z wodą w 700km spływ wzdłuż Wyczegdy do Dwiny, i dalej do Archangelska, miasta położonego nad Morzem Białym na północy ZSRR. To, że do celu dopłynęło o wiele mniej materiału aniżeli wyruszyło w podróż, wydawało się nikogo nie martwić.

Mówiono, że w Charitonowie znajdywało się w tym czasie ponad 5.000 zesłańców z Polski.

 

Po umowie Sikorski/Majski (podpisana w dniu 30 lipca 1941 – przewidywała przywrócenie stosunków dyplomatycznych pomiędzy Polską a ZSRR, gwarantowała „amnestię”* dla obywateli polskich pozbawionych wolności na terenie ZSRR oraz przewidywała stworzenie na terytorium ZSRR armii polskiej pod polskim dowództwem) rodzina Gabrielczyków otrzymała pozwolenie na przeniesienie się na południe, do Kujbyszewa. Z odpowiednimi dokumentami („udostawirenie”), z Charitonowa wyruszyły cztery rodziny – Kowaliccy (matka i sześcioro dzieci), Majki (ojciec i matka wraz z dwójką dzieci) i jeszcze jedna, zdecydowane na próbę dotarcia do punktu formowania się wojska polskiego w Buzułuku (obwód czkałowski), na samym południu ZSRR. Mieli do pokonania około 1.200 kilometrów terytorium Związku Radzieckiego, które, pomimo umowy Sikorski/Majski, pozostawało nie do końca przychylne Polakom. Pierwszy etap podróży nastąpił na początku września, parostatkiem wzdłuż rzeki Wyczegda do Kotłasu. W Kotłasie, udało się grupie wykupić przejazd bydlęcym wagonem do Kujbyszewa. W wagonie znajdowało się ponad 20 osób. Po 8 tygodniach, dotarli do Kujbyszewa, jednak podróżujących nie wpuszczono do miasta. Pociąg jechał dalej, do Buzułuku, gdzie władze sowieckie uformułowawszy transport składający się z 60 podobnych wagonów, skierowały Polaków do Uzbekistanu. Po kilku tygodniach dalszej podróży cały transport został rozładowany na stacji Jakubak (koło granicy afganistańskiej) i rozmieszczono ludzi po okolicznych kołchozach.

Przez parę miesięcy „amnestiowani” zesłańcy zbierali bawełnę i wykonywali inne prace gospodarczo-rolne, czekając na rozwój wydarzeń. Tuż przez Bożym Narodzeniem 1941 r. znów ich załadowano do wagonów. Transport, liczący ponad 60 wagonów, ruszył na północ w kierunku Samarkanda – Taszkient. Padło podejrzenie, że władze Związku Radzieckiego zawracają ich ponownie na Syberię.

Na przecznicy kolejowej przed Samarkandą, po proteście Polaków i po domaganiu się wyjaśnień, zjawiła się karawana wielbłądów i niepokornych Sybiraków rozwieziono do okolicznych sowchozów. Zaraz po Bożym Narodzeniu rodzinę Gabrielczyków i ich współtowarzyszy przemieszczono na fermę Embekszy w sowchozie Kujuk (karataskij rejon) nieopodal miasteczka Fogelowo. Miejscowość ta była oddalona 30km od Taszkientu i 60 km od Czimkientu.

W czerwcu 1942 Józef Gabrielczyk wraz z synem Ryszardem i Józefem Kowalikiem wyruszyli po kryjomu, nocą, w poszukiwaniu jednostek wojska polskiego. Po dwóch dobach marszu przez stepy, dotarli do delegatury polskiej w Karatasie. Tam okazało się, że wbrew umowie Sikorski/Majski, władze sowieckie podejmowały wszelkie możliwe próby udaremnienia dokonania jakiekolwiek dalszej rekrutacji żołnierzy polskich. Niemniej, przybyli otrzymali od delegatury niezbędne dokumenty i następnego dnia zostali skierowani do Yangi-Yaulu, gdzie formowano grupy uchodźców. Grupa około 30-tu osób pod opieką Józefa Gabrielczyka wyruszyła następnego dnia do Guzaru.

W Guzarze, gdzie formujące się wojsko polskie pod dowództwem generała Władysława Andersa, miało wówczas główną kwaterę, w dniu 1 lipca 1942, Józef Gabrielczyk wstąpił do jednostki wojskowej (6 Dywizja Piechoty), a parę dni później, 7 lipca 1942, Ryszard Gabrielczyk wraz z Józefem Kowalikiem zostali przyjęci do oddziału specjalnego dla młodocianych ochotników. Obydwie jednostki wchodziły w skład II Korpusu Wojska Polskiego.

Niedługo później, już w sierpniu 1942, II Korpus został ewakuowany przez Morze Kaspijskie i Iran (wtedy Persja) do Iraku. Podróż pociągiem do Krasnowodzka, portu w którym odbywało się zaokrętowanie, trwała dwie doby, a statek płynął całą noc do Pahlevi, portu po stronie irańskiej.

 

Dopiero w Iraku, po odżywieniu i przeszkoleniu, poprzez Syrię, Palestynę i Egipt, II Korpus wszedł w skład IX Armii Brytyjskiej. W grudniu 1943, wraz z całym II Korpusem pod dowództwem gen. Andersa, Józef Gabrielczyk został przerzucony transportem morskim z Aleksandrii do włoskiego portu Taranto. Brał udział w całej kampanii włoskiej i był ranny w bitwie pod Monte Cassino. Syn Ryszard został przeniesiony w październiku 1942 do szkół wojskowych w Palestynie.

Po zakończeniu działań wojennych II Korpus wszedł w skład wojsk garnizonowych we Włoszech, a następnie w 1946, został przemieszczony do Wielkiej Brytanii. Józef Gabrielczyk po demobilizacji w 1947 r. powrócił do Polski, gdzie udało mu się połączyć z pozostałą rodziną, pozostawioną na farmie w Embekszy, która w ramach akcji repatriacyjnej powróciła do Polski (w czerwcu 1946 roku).

 

Wraz z odzyskaną rodziną (poza synem Ryszardem, który pozostał w Anglii), Józef Gabrielczyk osiadł się na Ziemiach Odzyskanych, blisko Reska, powiat Łobez, gdzie pracował aż do emerytury jako kierownik PGRu Porąbka. Zmarł 24 października 1981 i został pochowany na cmentarzu w Płotach.

Syn Ryszard w 1947 roku wraz ze szkołami wojskowymi przyjechał do Anglii. Po demobilizacji i ukończeniu wyższych studiów założył w Londynie rodzinę oraz własną firmę doradztwa inżynieryjnego (Consulting Civil and Structural Engineers). Dziś jest już 84 letnim emerytem, mieszka z żoną Barbarą z Sadowskich w londyńskiej dzielnicy Finchley.



*„amnestia” – definicja słowa: jednorazowe darowanie lub złagodzenie prawomocnie orzeczonych kar lub środków karnych za popełnione przestępstwa”. W omówionym przypadku, wydaje się, iż Związek Radziecki darował rzeszy obywateli polskich w liczbie około półtora miliona (szczególnie tym nieletnim), kary zesłania, wymierzonej za przestępstwo które polegało na tym, że istnieli. Za ten dość osobliwy przykład sprawiedliwości sowieckiej (jak też i za inne popełnione przez ZSRR czyny) do dziś dnia brak nawet najskromniejszych przeprosin.

 

Styczeń 2011

 ---------------

Wybór wspomnień.

podstrona jest częściąwww.wolyn.ovh.org

inne strony O KRESACH