Pamiętnik Jerzego Dytkowskiego

Rokitno Wołyńskie 1920-1944


wstęp - rozdziały 1-10rozdziały 11-20rozdziały 21-30 - rozdziały 31-40 - rozdziały 41-47komentarze czytelników


21. ZAGŁADA ŻYDÓW

W tym pełnym grozy czasie, najbardziej upośledzonej ludności żydowskiej, ograniczono możliwość wolnego poruszania się po mieście i określono miejsca zakwaterowania w ciasnym getcie. Z nakazu władz administracyjnych, Żydów wykorzystywano do wykonywania różnego rodzaju robót. W biurze huty także zatrudniono dwóch Żydów, przy sporządzaniu bilansu. Tymi pracownikami byli: Turek – były księgowy z tartaku i Grynszpan – młody mężczyzna, syn tutejszego kupca. Patrząc na tych poniewieranych ludzi, w miarę swoich skromnych możliwości, starałem się im pomóc. Turek miał już 50 lat i nie mając już nadziei, wydawał się zupełnie załamany, ale Grynszpan jako dobrze zbudowany dwudziestolatek, o rysach nie zdradzających pochodzenia semickiego – miał szansę uratowania. Wykorzystując okazję styczności służbowej, często rozmawiałem z tym młodzieńcem, pytając jak znosi swoje upośledzenie i czy ma odwagę bronić swojej godności osobistej. Badałem czy przy jego cechach wrodzonych, ugnie się przed władzą, czy też ma jeszcze poczucie własnej siły. Młody Żyd rozmawiał ze mną chętnie , ale w pewnym sensie był bardzo ograniczony. Pomimo tego niezdecydowania, przedstawiłem mu propozycję i zapytałem czy nie zechciałby zrzucić żółtego krążka i wydostać się na wolność. 
- A czy takie wydostanie się w moich warunkach jest możliwe ? – zapytał.
- Tak – odpowiedziałem i o ile zgodzisz się, jestem w stanie odesłać cię do oddziału partyzanckiego. 
- Ja muszę namyślić się – powiedział po pewnym czasie.
- Tylko uważaj – zastrzegłem – bo namyślanie się, w konsekwencji może oznaczać wtajemniczenie niepożądanych osób, które swą słabością mogą zdradzić tajemnicę.
Młody Żyd nie podjął jednak wyzwania. Wolał nosić żółtą łatkę na piersiach i plecach, niż zdecydować się na odwagę, wolność i satysfakcję z walki o prawo do niej. Żydzi swoje upośledzenie starali się przetrwać po cichu i spokojnie przeczekać złe czasy, za cenę posiadanego złota. Jak wynikało z ich postępowania , usiłowali przekupić Gebitzkomisara w Sarnach za pośrednictwem Ankiersteina. Jak się później okazało – nie był on Niemcem, tylko sprytnym Żydem grającym rolę pośrednika, którą nakazał mu rokitniański kahał. Pierwszy krok w tym kierunku był udany, bo Ankierstein został dyrektorem huty i z tej pozycji był nawet w stanie prowadzić pertraktacje o życie. Gebitzkomisar, za złoto zagarnięte do własnej kieszeni, po cichu tolerował semickość, ale tylko Ankiersteina. W stosunku do Żydów w miasteczku, był jednak posłuszny nakazom odgórnym. Taki układ stosunków, sprytny dyrektor musiał wyczuć, więc dlaczego nie miał z tego skorzystać ? Udawał Niemca, bo musiał i był bezwzględny w stosunku do swoich ziomków, bo tak należało postępować w obronie własnej skóry. Toteż Ankierstein wyciskał z Żydów coraz większe porcje złota, za cenę życia, ale ile tego kruszcu pozostało w jego kieszeni jako pośrednika, a ile oddał głównemu odbiorcy tego nikt ocenić ani skontrolować nie potrafił. Zaprowadzono ścisłą ewidencję stanu rodzin żydowskich. Na zwoływanych zbiórkach kontrolnych na placu targowym, ustawiano Żydów rodzinami: ojciec, głowa rodziny, stawał pierwszy, a za nim żona i dzieci, według starszeństwa, a na końcu rzędu stawali dziadkowie. Takie zbiórki zarządzane były rzekomo dla sprawdzenia stanu osobowego, a w rzeczywistości stanowiły formę nacisku na zwiększenie stawek okupu.
Zawsze uczestniczył w nich Ankierstein, który skłaniał Żydów do bezwzględnego przekazania Niemcom żądanego kruszcu, bo życie ludzkie – przynaglał – nie ma ceny. Nadszedł jednak czas, kiedy Żydzi, nie byli już w stanie zebrać niezbędnej ilości złota, rozgoryczeni i wystraszeni groźbą śmierci, przyszli prosić o ratunek starego Liwczyca. Tylko on jeden bowiem pozostał tym bogaczem, na którego włosie zawisło życie wszystkich Żydów w miasteczku. Długo zżymał się , drapał, targował, rozpaczał i modlił się stary ciułacz, ale co mógł począć ...? Cały kahał na czele z rabinem przyszedł do niego prosić o życie, a życie Żydów nie ma ceny ..., podszedł więc do kredensu i wziął do ręki ciężki emaliowany talerz, z którego jadał tylko kot. Oglądał go chwilę, ważył w ręku i położywszy na stole, uderzył młotkiem z całej siły. Emalia rozsypała się, a oczy zebranych olśnił blask złota. Przechyliło ono szalę dawki i uratowało zagrożone życie, ale czy na długo ? Nie, bo Gebitzkomisar dowiedziawszy się od Ankiersteina, że to już był ostatni haracz , zbytnio nie zwlekał z terminem morderczej decyzji. Żydzi rokitniańscy zdawali sobie sprawę, że zbliża się koniec, bo już wykupić się nie ma czym, a los, który spotkał ich braci w Równem, porażał wszystkich. To może stać się również w Rokitnie i to już na następnej zbiórce. O tym co spotkało Żydów w Równem, dowiedziałem się od naocznego świadka, ukraińskiego policjanta, który do tej akcji był skierowany służbowo. Naszych Żydów najbardziej wystraszyła treść przemówienia, jakie przed egzekucją wygłosił sędziwy rabin kahału rówieńskiego, w opinii Żydów uchodzący za mędrca. Mnie doniesiono, że wszystkich wyznawców Mojrzeszowego wyznania, spędzono za miasto, na tzw. „Grabiszynek”, gdzie nakazano wykopać ogromny dół, nad którym ustawiono spędzonych. Miejsce to miało stać się ostatnim śladem ich bycia. Wtedy właśnie wystąpił sędziwy rabin i prosił władze o pozwolenie przemówienia, w celu przygotowania Żydów na śmierć. Prowadzący egzekucję Niemiec, mając na uwadze uciechę z tragedii bezbronnych i do obłędu doprowadzonych przestrachem Żydów, na takie przemówienie wyraził zgodę. Toteż, kiedy oczom zebranych ukazał się, prowadzony przez dwóch mundurowych Niemców świętobliwy Cadyk, wśród zebranych nastąpiło wielce mówiące poruszenie. Duchowny, powoli i z wymowną powagą rozejrzał się po tłumie zebranych, a kiedy dał znak ręką, że będzie przemawiał, zapanowała grobowa cisza. Cisza, która przerażała nawet tych, którzy rozpaczą bezbronnych ubawić się zamierzali. Żydzi z wyrazem pełnego nabożeństwa na wymęczonych twarzach, niemym wzrokiem , wprost żebrali dźwięku znanego im głosu i cenionych zawsze słów mądrości swojego czcigodnego i wielebnego duchowego przywódcy. Wydawało się wtedy, że cokolwiek wypowiedzą usta i oznajmi głos ich „Rabe”, będzie przyjęte, jak kojący bóle balsam na zbolałe ciało, jak słodycz głosu nieba, chociażby obwieszczały najokrutniejszy wyrok ! A wyrok jaki usłyszeli, rzeczywiście był okrutny, bo miał następujące brzmienie:

- Bracia Żydzi ! Spotyka was zasłużona kara. Pan Bóg jest sprawiedliwy ! Nas Żydów nie zabija Hitler, nas karze śmiercią Pan Bóg ! bo my grzeszyliśmy ! My Żydzi nie wypełnialiśmy jego przykazań. Nie przestrzegaliśmy sabatu, i nieustannie krzywdzili naszych bliźnich. My byli oszuści, łajdacy i bezbożniki ! My bardzo zgrzeszyli i zasłużyli na karę, my musimy umrzeć ...., bo taka jest wola Boga, Pana naszego! 
Po tym przemówieniu, Żydzi, jak odurzone stado owiec, sami wchodzili do dołu i z modlitwą na ustach, pokorą i nabożeństwem, oddawali życie, bo taka jest wola Pana, Boga naszego !
Powaga atmosfery i skutki jakie wywołały proste słowa rabina, wprowadziły w osłupienie i podziw gestapowców, a kierujący egzekucją podszedł do starca i oznajmił mu aby wracał do miasta, bo rozstrzelany nie będzie. 
- Ja nie mogę tam wrócić – odpowiedział rabin.
- Możesz ! – krzyknął gestapowiec. Tam ci nic nie grozi, jesteś ułaskawiony !
- Od wyroku naszego Pana Boga, władza ziemska nie ma prawa ułaskawiać, spokojnie powiedział rabin. Proszę mnie pozwolić umrzeć razem z moimi braćmi, bo ja także jestem grzeszny – prosił. 
- Za swoje grzechy, możesz sobie odpowiadać przed Bogiem, a ja mam prawo pozostawić cię żywym. Czy zrozumiałeś mnie rabinie ? – pytał gestapowiec. 
- Ja dobrze zrozumiałem – rzekł rabin – ale proszę mnie zrozumieć, że ja nie mogę skorzystać z łaski, bo wolą naszego Pana Boga jest, abym umarł. Ja nie mam za to pretensji, że pan mnie zastrzeli, bo moja śmierć nie jest z wyroku Hitlera, tylko z wyroku naszego Boga – tłumaczył rabin mędrzec.

Mądre słowa, pokora i gest starca były tak przekonujące, że ostatecznie gestapowiec uległ i sędziwy rabin został zastrzelony jako ostatni.
Tą drogą i kanałami „poczty żydowskiej”, rokitniańscy Żydzi, zamknięci w getcie, znali zarówno treść przemówienia rówieńskiego Cadyka, jak i straszny przebieg zagłady. Ta niebywała egzekucja w Równem, uświadamia im następstwa najbliższych dni i uzbroiła w odwagę do ostatecznej drogi. 
Ten nieodwołalny czas sądu nadszedł pamiętnego dnia 26 sierpnia 1942 roku. Od samego rana, zauważyłem wśród miejscowej władzy jakieś niezwykłe poruszenie i nerwowy ruch na ulicach. Dyrektor Ankierstein telefonicznie został wezwany do miasta. Pociągiem z Sarn, przyjechało dużo ukraińskiej policji i niemieckiej żandarmerii. Między godzinami 8-mą i 9-tą, zarządzono zbiórkę Żydów na placu targowym. Zebranych otoczył kordon policji. Telefonicznych informacji o tym wydarzeniu, udzielała mi na bieżąco kol. Lindówna z posterunku żandarmerii. Mówiła mi, że tym razem dzieje się coś nadzwyczajnego, bo cała władza udała się do miasta i pełni służbę na ulicach. Następnie zadzwonił Ankierstein, nakazując zamknięcie bramy huty i wprowadzając zakaz wychodzenia na ulicę. Krążą po nich patrole żandarmerii i mają rozkaz strzelania do każdego przechodnia bez uprzedzenia. Należy czym prędzej zawiadomić o tym rodziny hutników, pozostających w mieszkaniach. Po tej rozmowie wiedziałem już co może nastąpić. Natychmiast wysłałem gońców na osiedle w celu powiadomienia rodzin. Następnie zwołałem odprawę służb i przekazałem zarządzenie , dotyczące obiektu huty. Świadomość groźnych następstw, napełniła wszystkich hutników niepokojem, a jednocześnie nakazywała czujność. Obchodziłem teren fabryczny i sprawdzałem podporządkowanie się wydanym nakazom. Wtedy usłyszałem trwożne krzyki i wrzaski ludzi, głośne wezwania i strzelaninę. Czym prędzej ruszyłem do biura, aby telefonicznie zasięgnąć informacji o tym co się stało, ale telefon wyłączono. Wybiegłem na dziedziniec huty, nasłuchiwałem, i obserwowałem przedpole między stacją a tartakiem. Znając teren miasteczka, sądziłem, że właśnie tędy mogą uciekać Żydzi spędzani do wagonów stojących na stacji, i nie myliłem się. Widziałem wyraźnie grupę mężczyzn biegnących w kierunku tartaku, a za nimi pędzącego i strzelającego policjanta. W uciekających poznałem braci Gołubowiczów, którzy znając teren tartaku, chowali się na sztable tarcic. Aby mieć lepsze pole widzenia, podszedłem do narożnika parkanu, od strony drogi do wsi i stanąłem na podium obserwacyjnym. Zobaczyłem ponownie grupę uciekających, za którymi pędził policjant i strzelał. Jeden z uciekających padł na ziemię. Dostał – pomyślałem – bo policjant minął go i pędził dalej za uciekającymi. Wtedy ten, który upadł, poderwał się i począł ponownie uciekać w kierunku na hutę. Za wcześnie jednak to uczynił, bo policjant dostrzegł manewr i ruszył w pościg za uciekającym. Żyd, mimo wezwania do zatrzymania się parł naprzód i był już blisko celu, bo od parkanu huty, za którym istniała szansa ukrycia dzieliło go zaledwie 20 metrów. Przeskakując płotek ogródka Mingałły, potknął się i upadł. Nie mogłem mu przyjść z pomocą, bo tropiący go mundurowy już nadbiegał. Żyd, widząc go z bliska, zrozpaczony powiódł dokoła błędnym wzrokiem i ręką uczynił ruch rezygnacji. Tym goniącym go policjantem okazał się słynący z okrucieństwa Grigorij Pryt. Nie strzelał do leżącego, lecz obchodził go dookoła celując, aby tym sposobem zadać mu więcej męki. Bawił się obłędnym strachem swojej ofiary i zdawało się , że dotyka zimną stalą lufy karabinu rozpalonej skroni przerażonego. Był to zwierzęcy sadyzm, a mołojec zamierzał nawet przedłużyć dręczenie swej ofiary. Wyszedłem wtedy z ukrycia i próbując odnieść się do honoru i ambicji narodowej Ukraińca – przemówiłem.
- Cóż to kozacze, na mordowaniu bezbronnego i obłąkanego z przestrachu Żyda, zamierzasz budować wolną Ukrainę ? – pytałem.
- O ....., jak to się dobrze składa, że pan Dytkowski mnie obserwuje i w dodatku poucza kozaka, jak walczyć z honorem – rzekł z przekąsem i ciągnął dalej. Przypomina mi się, jak przed kilku laty, tak samo ja stałem i przyglądałem się zachowaniu tego właśnie leżącego Żyda. Teraz zmieniły się role mój panie, bo on wtedy był sowieckim milicjantem i pastwił się nad powalonym pomnikiem Piłsudskiego, celując w kamienną głowę marszałka. Zadawałem sobie wówczas pytanie, dlaczego ten Żyd z taką zawziętością i po co to czyni skoro posąg jest już zniszczony zupełnie. Teraz wiem, że odpowiedź mieści się w pańskim pouczeniu, bo Piłsudski walczył z honorem, dlatego w Rokitnie postawiono mu pomnik. Niestety, marszałek swój honor łączył z sentymentem do Żydów i pozwalał tym pijawkom ssać, tak polską jak i ukraińską krew, tylko za cenę uznania jego władzy. Żydzi popierali go, bo to się im wtedy opłacało, lecz kiedy ich pobratymcy ze wschodu wtargnęli, aby ograbić ten kraj, Żydzi witali ich z radością, bo to się im także opłacało, i tak gorliwie pomagali komunistom, że wszystkich Piłsudczyków zesłali na Syberię, a ten tutaj leżący, nawet na kamiennym posągu ukazywał prawdziwe ich oblicze. Tak, wyrok śmierci Żydzi sami na siebie wydali. Ich zabija chciwość i własne sumienie, a my Ukraińcy w naszej walce o swoją wolność, wolimy wzorować się na Hitlerze, nie zaś na Piłsudskim i dlatego pijawki te niszczymy ! – wygarnął mołojec i demonstrując bezwzględność takiej walki wystrzelił do leżącego, kładąc kres jego mękom. Teraz kozak spojrzał na mnie z triumfem, a po chwili schylił się nad trupem i zaczął obszukiwać jego kieszenie. Coś znalazł bo zaczął zdejmować trzewiki. W rękach mołojca zabłysnął nóż fiński, którym rozcinał obcasy, wyjmując ukryte tam , złote monety. Przyglądając się z niesmakiem temu barbarzyństwu powiedziałem odchodząc: 
- Stwierdziłem u ciebie kozacze, ukraińską mściwość i kompletny brak rycerskości, którą ongiś w przeszłości posługiwali się wasi przodkowie.
- Słuszna uwaga rzekł Gryszka – ale te monety, to w rzeczywistości tylko wyrównanie krzywd i otwierając dłoń pokazał znalezione złote imperiałki, a schowawszy je do kieszeni kontynuował : I któż by się spodziewał, że ten „parszywieńki” w trzewikach posiada taki majątek i kopnąwszy trupa, splunął, i dalej poszedł szukać zastrzelonych, aby uzupełnić swoje trofea. 

Oszołomiony tą okrutną sceną nie mogłem uporządkować myśli, chociaż refleksje nasuwały się same. Jak osądzić Ukraińca, gdzie szukać przyczyn jego zbrodniczych czynów. Pojedyńcze strzały były jeszcze długo słyszane w dali, wróciłem do biura wstrząśnięty, nie chciałem już o niczym słyszeć. Rozmyślałem nad tragedią jaka w tym dniu rozegrała się w Rokitnie.
Zabrzęczał dziwnie telefon, nerwowo chwyciłem za słuchawkę. Dzwonił kol. Jaworski informując, że na zbiórce było obecnych 2000 Żydów obojga płci i różnego wieku. Po sprawdzeniu stanu, nakazano odmaszerowanie rodzinami na stację, do wagonów. Tym razem jednak, Żydzi nie usłuchali rozkazu i jednocześnie podnosząc krzyk, rozbiegli się na wszystkie strony. Żadne wezwanie do zachowania spokoju nie odniosło skutku, a policja początkowo nie mogła strzelać, aby nie razić drugiego kordonu niemieckiej żandarmerii, okładali więc nieposłusznych kolbami, strzelając dopiero do tych, którym udało się wydostać poza obydwa kordony. Rezultat jest taki, że 400 Żydów zabito podczas ucieczki, 300 udało się zbiec, a 1300 zapędzono do wagonów i odwieziono do Sarn. Liczby te, odnośnie zbiegów i zabitych nie są ścisłe, bo pościg trwa, a uciekających policjanci mają rozkaz zabijać. Jednocześnie przestrzegam cię – mówił Jaworski – abyś nie wychodził, bo policjanci mają rozkaz strzelania do uciekających i wymierzania kary śmierci na miejscu, osobom ukrywającym Żydów. Wiadomość ta przeraziła mnie, bo byłem pewny, że Polacy, tak w mieście jak i na wsi, będą udzielać pomocy zbiegom. Należało czym prędzej uprzedzić mieszkańców o takim rozkazie, lecz w warunkach pościgu i obławy – nie było to łatwe. Następnego dnia informacja Jaworskiego została potwierdzona oficjalnym zarządzeniem gestapo. Nie uratowało to jednak nieostrożnych mieszkańców wsi, bo pod wieczór dowiedziałem się, że Heromin Garbowski z chutoru Aleksandrówka , u którego policjanci znaleźli kilku ukrywających się Żydów, został rozstrzelany na własnym podwórku, a jego dom i zagrodę spalono. Tego dnia w rezultacie poszukiwań, pościgu i obławy schwytano kilkudziesięciu Żydów, których zmuszono do kopania wspólnej dla siebie mogiły. Miejsce na ten cmentarz wyznaczono na piaszczystym pagórku za miastem na tzw. „Trzecim kilometrze” wąskotorowej kolejki. Tam zwieziono wszystkich zastrzelonych w trakcie nieudanej ucieczki i po likwidacji kopaczy dołu - mogiły, razem pogrzebano. W tym wspólnym grobie spoczywają również Żydzi pomordowani w podobny sposób, których schwytano nieco później.

Dnia 1 września, jak zwykle w rocznicę hitlerowskiego najazdu na Polskę, spotykaliśmy się całą rodziną w domu rodziców przy ulicy Kwiatowej, na nowym miasteczku, aby odprawić wspólne nabożeństwo za poległych, podsumować dotychczasowe poczynania i omówić dalsze plany. Wyruszyłem z domu w pobliżu huty i głównymi ulicami skierowałem się na spalone koszary. Idąc ulicą Piłsudskiego, poprzednio zamieszkałą przez samych Żydów, mimowolnie rozmyślałem o wydarzeniach ostatnich dni i porównując wygląd ulicy bez Żydów , odniosłem wrażenie dziwnego nieprawdopodobieństwa. Będąc pod niezwykłym wrażeniem dokonanej zbrodni, szedłem oszołomiony nie dostrzegając przechodniów, a na powitanie przyjaciół odpowiadałem byle jak, aby czym prędzej uciec, od tej przerażającej zewsząd pustki. Wtedy usłyszałem jakiś głos. 
- Żegnam pana panie Dytkowski, bo my już się więcej nie zobaczymy ! Stanąłem jak wryty, głos był znajomy, a akcent żydowski. Spojrzałem i ....zobaczyłem rabina.
- Do widzenia – odpowiedziałem nie mogąc opanować wzruszenia, jakie wywarły na mnie słowa pożegnania i zrezygnowany głos znajomego.
Stanąłem i przyglądałem się, bo środkiem jezdni kilku nieletnich wyrostków ukraińskich, prowadziło na posterunek żandarmerii starego żydowskiego duchownego, rabina Szamesa. Jak się dowiedziałem, wiejska dzieciarnia znalazła go ukrywającego się w zaroślach, zmęczonego i wygłodniałego, a teraz prowadzą starca na okrutną kaźń. Idąc zastanawiałem się nad oceną systemu politycznego, który pokonał nas i dla utrzymania władzy nad innymi ludźmi gotów jest do szerzenia nienawiści i zbrodni ludobójstwa. 
Gdy znalazłem się obok domu rodziców, wyrwał mnie z odrętwienia znajomy głos mojej Matki. 
- Panie Gryszka – mówiła ona ze łzami w oczach – niech pan mi odda to dziecko ... Niech pan będzie człowiekiem.... Panie Gryszka, przecież to nie jest żydowskie dziecko. Ono nie ma żadnych żydowskich cech. To może być polskie lub ukraińskie, wzięte na wychowanie przez Berezowskich. Błagam pana , niech pan mi ją odda. Wychowam ją po chrześcijańsku ....no niech pan to zrobi dla mnie – żebrała litości moja Matka. 
Gryszka Pryt, trzymał za rączkę ośmioletnią córeczkę Berezowskich i zdawał się bawić czułością słów prośby mojej Matki.
- Panie Gryszka – odezwało się dziecko poprawną polszczyzną – niech pan mnie odda pani Dytkowskiej, bo ja nie jestem żydówką. Ja nawet po żydowsku nie umiem mówić. Zawsze bawiłam się z wnuczkami pani Dytkowskiej i nawet do kościoła z nimi chodziłam. Niech pan mnie nie zabija panie Gryszka, ja tak chciałabym żyć ...!
- Gryszka – przerwałem – bądźże człowiekiem! Co ci przyjdzie po śmierci tej dziewczynki ? Nie bój się, nikt przecież nie widzi i nie zaskarży cię, a dziewczynka wcale nie ma semickich cech, bo nie ma żydowskiej krwi w żyłach. Oddaj dziecko mojej Matce, proszę cię Gryszka, bądź człowiekiem – perswadowałem.
- Dziwię się panu, panie Dytkowski – rzekł Gryszka. Dziwię się, że pan przyłączył się do tej prośby. Pan przecież wie, że to jest niemożliwe i niebezpieczne. Ja dobrze znam pana i cenię, wobec czego dziecka nie zostawię właśnie dlatego, że jestem człowiekiem i nie chcę ściągnąć nieszczęścia na pana i jego rodzinę. To mówiąc policjant pociągnął swoją ofiarę za rączkę…Nu chody małeńka, hodi tebe czużych batkiw czukaty, do swoich rydnych pojdesz. 
/ No chodź maleńka, dość tobie cudzych ojców szukać, do swoich rodzonych pójdziesz /.
Wyjaśniam, że Grygorii Pryt od czasu władzy niemieckiej, posługiwał się tylko językiem ukraińskim, ze mną jednak w drodze wyjątku – rozmawiał po polsku. Usłyszawszy stanowczą odmowę oddania dziewczynki matka moja zachwiała się, więc chwyciłem ją pod ramiona i odprowadziłem do domu. Nastrój tego dnia nie był więc wesoły, ostatnie wydarzenia przygnębiały, zginęło tyle istnień ludzkich. Długo siedzieliśmy w milczeniu, a Matka nasza klęcząc przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, ofiarnie oświetlonym – żarliwie modliła się . Janek zapytał na kogo jeszcze czekamy, bo w tym czasie, z uwagi na bezpieczeństwo, nasze organizacyjne spotkania muszą być ograniczone. To wtedy, w dali rozległy się strzały ... Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie, a światłość wiekuista niech im świeci, także na Górce Trzeciego kilometra - półgłosem wypowiedziała nasza Matka i przeżegnawszy się, zaintonowała nabożeństwo za dusze zmarłych. Wszyscy modliliśmy się szczerze w głębokim przekonaniu, że posłyszane strzały położyły również kres dziecięcego życia niewinnej Berezowszczanki, rabina Rokitna i innych w tym dniu schwytanych i straconych na miejscu kaźni. 
Tak minął dzień trzeciej rocznicy niewoli, obfitujący w bolesne wydarzenia , które napełniły nas smutkiem i coraz większym pragnieniem wolności. Przed rozejściem się, odśpiewaliśmy „Wszystkie nasze dzienne sprawy”.

Ukraińskiej policji i organizacjom OUN-u, nie udało się wytropić wszystkich zbiegów żydowskich i uśmiercić na piaszczystym wzgórku „Trzeciego kilometra”. Wielu z nich ukrywało się w gospodarstwach polskich Mazurów, a kilkunastu mężczyzn dostało się do jednostek partyzanckich polskich lub sowieckich. Natomiast wszystkich Żydów wywiezionych do Sarn, rozstrzelano nieco później. Jak dowiedziałem się od naocznych świadków tej egzekucji – w tym przypadku od ukraińskiej policji, jej przebieg odzwierciedlał nastroje polityczne i sympatie wyrażane przez Żydów w ostatnich chwilach ich życia. Były one jak w każdym społeczeństwie różne. I tak znany kupiec sarneński - Zonder, przed oddaniem w jego kierunku śmiertelnego strzału – wykrzyknął : „Niech żyje Polska !”. Miał on kilku naśladowców, choć okrzyki padały w innej formie. Poza tym krzyczano po polsku: „Precz z faszyzmem!”. Jednak najwięcej wyrazów uznania, zbierał Związek Radziecki. W tych strasznych minutach tragedii i obłędu, słychać było chaotyczne głosy o różnych intencjach m.in. jakiś rokitniański Żyd – wykrzyknął : „Proszę powiedzieć panu Lechu, że ja już nie żyję”. Te ostatnie, aczkolwiek bardzo ważne okrzyki nie były wyraźne, pochodziły od skazańców już leżących w rowach i wydawane w chaosie tuż przed oddaniem strzału. Jak mnie informowano, egzekucja sarneńska obejmowała 13.000 Żydów.

22. PRÓBY KONTAKTÓW Z RUCHEM OPORU W KRAJU

Samoobrona, którą zorganizowaliśmy w Rokitnie, aczkolwiek pozostająca w ścisłym zakonspirowaniu, wiedziała i interesowała się centrum organizującego się ruchu oporu w kraju. Niejednokrotnie podwładni dostarczali mi pisemne propozycje o treści konspiracyjnej z jednoczesną prośbą o zniszczenie po przeczytaniu. Pochodziły one od „Białego Orła” i ZWZ AK. Dostarczanie tych propozycji i broszurek Polski walczącej, odbywało się sztafetowo, za pośrednictwem kolejarzy, którzy bliższych informacji o reprezentowanej organizacji udzielać nie byli w stanie. Na tereny wschodnie, przenikał najczęściej działacz, zakonspirowany pod pseudonimem „Władysław”, mieniący się być czynnym członkiem „Parasola”. Uzyskiwane tą drogą nazewnictwo organizacyjne było dla mnie wtedy problemem nie rozpoznanym. Bardzo ostrożnie podejmowałem kontakty i próby bliższego poznawania obcych. Od tego nieznanego konspiratora, miałem kilka propozycji nawiązania współpracy, lecz bez podania nazwy organizacji jaką reprezentował. Umówił się nawet na spotkanie, do którego nie doszło. Później otrzymałem równie tajemnicze zawiadomienie , że powodem nie dojścia do skutku spotkania jest śmierć „Władysława”, który jakoby miał zginąć podczas minowania pewnego obiektu. W tym czasie obszar działań dywersyjnych w kraju rozszerzał się , obejmując powoli Wołyń i Polesie, a pod koniec roku 1942, po odbudowie łączności kolejowej, która została przywrócona przez Organization Tood, było już możliwe podjęcie podziemnego współdziałania na całej przestrzeni. Teraz, coraz częściej dawała o sobie znać partyzantka radziecka, choć nie przejawiała żadnej aktywnej działalności. Próbowałem nawiązać kontakt z Buryndą, który ukrywał się gdzieś pod Chrapuńskim jeziorem. Po pewnym czasie odpowiedział mi, że wszelka łączność z lasem po poleskiej stronie toru kolejowego Kowel – Kijów, z uwagi na bezpieczeństwo, jest nie wskazana. Cały powiat stoliński ze znanymi ostępami puszczy wschodniego Polesia, jest obszarem objętym tajemnicą wojskową, i nie wolno osłabiać jej ryzykiem kontaktu z osobami nie sprawdzonymi. Miszka jednocześnie przestrzegał , aby na w/w terenach, nie pojawiali się rokitniańscy hutnicy na połów ryb. Niebawem urzędujący leśniczy z okolic wsi Wojtkiewicze , przyjechał do Rokitna i zameldował w Wirzchaftkomando, że partyzanci sowieccy nakazali mu opuszczenie leśniczówki i przestrzegli przed powrotem pod karą śmierci. Taki stan rzeczy dodawał nam otuchy, bo wreszcie zaczynało się coś dziać. Teraz już nie byliśmy sami. Pojawienie się partyzantów sowieckich na byłych terenach polskich, sparaliżowało ruch OUN, bo sowieci nawoływali teraz ludność do walki dywersyjnej z najeźdźcą hitlerowskim. Jawnie wysługujący się Niemcom faszyzm OUN-u, został ostro zaatakowany na wsi i był bezwzględnie zwalczany na całym kontrolowanym terenie Polesia. Niemcy natomiast, którzy wolność Ukrainy ograniczyli przywilejem służby Hitlerowi, dla ratowania zaplecza frontu wschodniego, zagrożonego dywersją przeciwnika, pozwalają Ukraińcom zorganizować UPA, chociaż tylko do walki z sowieckimi dywersantami. W związku z tym nowoutworzona jednostka przybiera nazwę Ukraińska Powstańcza Armia / skrót UPA/. Zostaje ona wyposażona w nowoczesną broń niemiecką i środki prowadzenia walki z dywersją sowiecką. Niezależnie od akcji zleconej usłużnym Ukraińcom, dla ochrony dróg kołowych i kolei wszystkie garnizony zostały wzmocnione jednostkami wojsk specjalnych. W takim systemie zabezpieczenia zaplecza, nie pominięto Rokitna. Przybył do nas na postój stały tzw. „Batalion Schutzpolizei”. Dla zakwaterowania tej jednostki, na placu spalonej szkoły wybudowano podziemny schron, tzw. „bunkier”. Hutnicy pracujący na nocnych zmianach, informowali mnie o słyszanych warkotach samolotów przelatujących nad lasami po poleskiej stronie linii kolejowej. Zjawisko takie świadczyło o łączności „Wielkiej Ziemi” z partyzancką bazą na bagnach, w niedostępnych trzęsawiskach Hrapuńskiego jeziora. Taka sytuacja zmusiła Niemców do przeciwdziałania. Niebawem stacjonujący w Rokitnie batalion w ostatnich dniach listopada 1942 roku, uzbrojony po zęby i wyposażony w najpraktyczniejsze środki łączności, marszem ubezpieczonym ruszył w kierunku Wojtkiewicz. Cel wiadomy, Niemcom zależało na likwidacji zgrupowań partyzanckich w tym rejonie. Przed wymarszem z Rokitna, dla potrzeb transportowych, zarekwirowano kilka prywatnych furmanek, wśród których znalazł się parokonny wóz Józefa Stryczka. Ten woźnica poprzednio pracował w hucie, a powodem zmiany zawodu, była likwidacja gałęzi produkcji, będącej jego specjalnością, a także opłacalność usług transportowych w warunkach wojny. Toteż pan Stryczek posiadane meble i inny sprzęt gospodarski, jeszcze za władzy sowieckiej, wymienił na konie i wóz, co w praktyce dawało mu lepsze środki egzystencji, niż w hucie. Przed wyjazdem z wojskiem, pan Stryczek zjawił się u mnie i prosił o poradę co począć, aby nie jechać na niepewną życia wyprawę. Porada w tej sprawie była już spóźniona i Stryczek musiał się na nią zgodzić. Korzystając z okazji, prosiłem Stryczka, ażeby stał się uważnym obserwatorem poczynań „schutzpolizei” w terenie, jak i notował w pamięci wszystkie starcia z partyzantami i wydarzenia w lesie. Pan Stryczek obiecał wykonać zlecenie i na niego, jako byłego frontowego żołnierza – mogłem liczyć. Na wiadomościach z tej wyprawy, bardzo mi zależało i byłem zadowolony, że udało mi się odpowiednio ukierunkować ucho i bystre oko doświadczonego człowieka.
W prowadzonych rozmowach z Jaworskim, nic godnego uwagi, o działalności wysłanego na akcję batalionu nie można było ustalić. Ogólnie jednak wyczuwało się pewne zaniepokojenie władzy niemieckiej, a jej źródłem były początkowo, mało szkodliwe w tym czasie – dywersje. Najbardziej jednak, niepokoiła Niemców wzrastająca liczebność partyzantów i zbliżająca się wiosna. Mieli przecież świadomość, że stworzy ona odpowiednie warunki wzmożonej akcji lasu.
Batalion powrócił z tej wyprawy, dopiero na początku marca 1943 roku, w stanie kompletnej ruiny. Poniósł bowiem duże straty w ludziach, a warunki leśne i porażki w starciach, tak totalnie uwidoczniły się na wyglądzie schutzpolizei, że defetyzm i chęć rezygnacji parcia na wschód, widać było w każdym powłóczystym kroku i błędnym spojrzeniu butnych dotychczas żołdaków. Pan Stryczek w drodze poufnej udzielił mi ciekawych informacji. Mówił, jak batalion po miesiącu poszukiwań i brodzenia marszem ubezpieczonym po ogromnych zaspach śnieżnych, odnalazł pierwszy ślad koczowiska partyzantów. Pościg jednak nic nie dał, bo Sowieci stosują zupełnie odmienny sposób ubezpieczenia i posuwają się szybciej. Wszędzie tam gdzie batalion zdołał dotrzeć, po partyzantach zostawał tylko ślad biwaku. W ciągłym pościgu marszem, udało się znaleźć ziemianki dobrze zamaskowane w śniegu, a od tych leśnych mieszkań prowadził świeży ślad ucieczki partyzantów. Dowódca batalionu będąc w przeświadczeniu, że partyzanci boją się otwartego ognia z Niemcami, zarządził przyśpieszenie pościgu i tym zuchwalstwem wprowadził jednostkę w przygotowaną zasadzkę. W pierwszym starciu, Niemcy stracili około 50 zabitych i rannych, a ich dowódca przekonał się, że mylił się bardzo w ocenach sił partyzanckich i ich leśnych możliwości. Sowieci wycofali się bez strat, a batalion doszedłszy do małej wiosczyny Budki Wojtkowickie, stanął na postój wypoczynkowy w ustawionych namiotach. Tu rannych opatrzył lekarz batalionowy i poumieszczał w ciepłych śpiworach. Nakazano zwiezienie z pobojowiska wszystkich zabitych, aby pogrzebać ich we wspólnej mogile i oddać należne honory wojskowe. Te czynności wymagały czasu, więc zanosiło się na kilkudniowy postój tym bardziej, że schutzpolizeje byli bardzo przemęczeni. Ciągły marsz w szyku ubezpieczonym i pościg po śladach wycofujących się partyzantów, wymagał pełnych sił, gdyż obłudne ślady prowadziły zawsze gdzieś za chrapuńskie jezioro. Dowódca naradzał się z przewodnikami, którzy będąc Ukraińcami z Wojtkiewicz, tłumaczyli się nie znajomością bagnistych obszarów chrapuńskiego jeziora. Znalezienie dobrego znawcy tych bezludnych pustkowi, natrafiało na trudności. Mieszkańcy Budek Wojtkiewickich tłumaczyli majorowi, że nigdy nie zapuszczali się na te przepastne grzęzawiska, bo nie było po co. Wobec takiego stanu niepewności, przede wszystkim należało wypocząć, a tropienie partyzantów, nadal prowadzić marszem ubezpieczonym, co w praktyce nie zdawało egzaminu. Z tak przykrymi wnioskami z analizy niepowodzeń, nie można było spokojnie wypoczywać. Partyzanci – jak się okazało – dobrze obserwowali marsz batalionu i chodzili ślad w ślad za nim, pozwalając mu jedynie na wyczerpanie sił, lecz nigdy na planowy wypoczynek. Niemcy będąc pewni, że partyzanci wycofali się i są gdzieś daleko, postanowili dobrze wypocząć i dla zapewnienia bezpieczeństwa biwak namiotowy rozbili za wsią. Ułożyli się w ciepłych śpiworach, a kiedy błogi sen skleił im powieki, nagle zostali zaatakowani z broni maszynowej. Zaskoczenie było tak niespodziewane, a ogień ataku tak skuteczny, że Niemcy ponieśli duże straty. Znów doliczono się około 50 zabitych i rannych. Sowieci, po oddaniu celnych strzałów, wycofali się tak nagle i sprawnie, jak zaatakowali i nie ponieśli żadnych strat. Dowódca batalionu nie zarządzał pościgu, na pewno dobrze zrobił, bo tym razem stałby się on zupełną klęską i przyczyną kompletnego załamania się jednostki. Wściekły niepowodzeniem i stratami niemiecki dowódca, posądził mieszkańców wioski o współpracę z partyzantami. Rozkazał zebranie wszystkich mieszkańców w miejscowej szkole, w tym także kobiet, starców i dzieci. Od zebranych domagał się wydania osób współpracujących z partyzantami i wskazania ich kryjówki. Takiej informacji nikt nie udzielił, bo ludzie w swojej wiosce nigdy nie widzieli partyzantów. Rozwścieczony nieustępliwą postawą wieśniaków, kazał pozamykać drzwi i okna wypełnionej ludźmi szkoły , i wezwał ponownie podporządkowanie się jego nakazowi, bo w przeciwnym razie zamknięci zostaną żywcem spaleni. Odpowiedzią dzielnych mieszkańców było milczenie. Ostatecznie gestapowiec rozkazał oblanie budynku benzyną i podpalenie. Do uciekających przez wyłamane okno mężczyzn, otworzono ogień karabinowy. W takich mękach ginęła wieś polska, a ja musiałem patrzeć na tę zbrodnię.
Wszystek inwentarz żywy wypędzono z budynków. Nierogaciznę i drób pozabijano i załadowano na wozy, a bydło rogate całym tabunem nakazano pędzić do Rokitna. Do tych czynności wyznaczono Ukraińców z Wojtkiewicz. Kiedy transport z ubitą nierogacizną, oraz tabun krów i wołów, znalazł się w lesie, daleko za wsią, podpalono inwentarz martwy i przy płonących domach i budynkach gospodarczych , schutzpolizeje urządzili sobie biesiadę i wypoczynek. Ale i tym razem nie sądzony był im spokój. Ledwie zaczęli usypiać, obudził ich niesamowity krzyk ludzi, którzy lamentowali o pomoc, bo gonią ich partyzanci. Zarządzono alarm i batalion ponownie stanął w pełnej gotowości bojowej. Okazało się, że wzywającymi pomocy są przed kilkoma godzinami wysłani z tabunem i furmankami – konwojenci. Powiedzieli oni dowódy, że w drodze do Rokitna przechwycili ich partyzanci. Zabrali nasze wozy i cały tabun, a nam kazali pozdejmować ubrania i buty. Za karę każdy z nas otrzymał po 10 „szompołów”. / stempli od karabinu / na goły tyłek. Wysłano nas tutaj z meldunkiem, abyście nas odzieli i ozuli, bo ...
- Bo co ? – przerwał gwałtownie getapowiec.
- Bo jak nie, to wy panowie będziecie wracać do Rokitna boso, jak my i ..., nie dopowiedział Ukrainiec trzęsąc się z zimna.
Pienił się i rzucał ze złości butny major dowódca batalionu schutzpolizei, ale ostatecznie kazał dać zrabowane we wsi kożuchy, buty i odzież roznegliżowanym i trzęsącym się z zimna sługom. Kiedy posłuszni Ukraińcy ubrali się i ogrzali, polecił im, pod rygorem kary nikomu nie mówić o incydencie z partyzantami i z nastaniem dnia odmaszerować do Wojtkiewicz. Chłopi odeszli jak im nakazano, a major marszem ubezpieczonym przybył do Rokitna z niedobitkami, zakończył swoje opowiadanie woźnica pan Stryczek.
Z tego opowiadania dowiedziałem się nie tylko o klęsce Niemców, w zetknięciu z partyzantami, ale i o zupełnej zagładzie wioski Budki Wojtkowickie. Tak zginęła z powierzchni ziemi mała polska wioska zaściankowa, która wśród lasów i bagien Polesia, jak samotna wysepka na burzliwym oceanie, dzielnie stawiała czoła rusyfikacji i wytrwała w ojczystej mowie i wierze ojców. Ten poleski zaścianek, wierny szlachetnym zasadom narodowym, nie sprzedał się również hitlerowskiemu zbrodniarzowi – nawet za cenę życia !
Dziś nie ma już wioski Budki Wojtkiewickie, bo unicestwił ją ślepy wykonawca zakłamanej idei „wyższości narodowej”. Wyższości, która zbrojnym kułakiem uśmierca najszlachetniejszych wśród żyjących i podobnie nikczemną siłą, skłania żywych do uznania przemocy za konieczność dziejową. Dziś na popiołach spalonych ciał, porastają zarośla poleskiego uroczyska noszące tą samą nazwę co niegdyś wioska. Nikt nie został przy życiu z jej mieszkańców, ale pamięć spalonych żywcem pokoleń Suchowieckich i Tyszkiewiczów, po wsze czasy żywą zostanie w naszej historii !
Było mi ogromnie przykro z powodu zagłady zaścianka, bo tam przecież zginęła Malwina Suchowiecka, osierocone dziecko, którą zatrudniałem jako pomoc domową, a po 17 września, po nastaniu Sowietów, aby nie zostać posądzonym o wyzysk człowieka przez człowieka – odesłałem niebogą na wieś, do krewnych. Gdyby sierota nadal pozostała u mnie, dzisiaj byłaby jedyną istotą żyjącą z tej ciekawej społeczności, żałowałem po niewczasie.
Tej wiosny, starym zwyczajem, dla odprężenia po ciężkiej pracy, hutnicy udawali się na amatorskie wędkowanie ryb na rzekę Stwigę. Jak doniesiono tym razem, partyzanci sowieccy zabronili połowu i wstępu nad tą rzekę pod karą śmierci. Nie wszyscy jednak amatorzy tego sportu, podporządkowali się surowości zakazu i po cichu praktykowali połów. Rezultat był ten, że Franciszek Jaworski i Stanisław Wiązowski znad rzeki nie wrócili, a partyzanci przysłali zawiadomienie, że w/w za niepodporządkowanie się zakazom, zostali rozstrzelani. Inny meldunek donosił, że będący na usługach „SD” kpr. Kurkowski, został wysłany na wiejski wywiad, skąd już nie wrócił. Później dowiedziałem się, że został zastrzelony we wsi Karpiłówce, która pozostawała pod kontrolą Szewczuka, ale ludzie jego, tego zabójstwa nie dokonali. Z tego wniosek, że kpr. Kurkowski zginął od kuli OUN-u.
Wiosenna dywersja na kolejach przybrała charakter masowy. Butni Niemcy poczuli się zagrożeni, miny im zrzedły, a niektórzy wyraźnie ujawniali niechęć do Hitlera. W tym czasie , na pograniczu lasów polesko – żytomierskich, pojawiło się silne zgrupowanie partyzanckie pod dowództwem osławionego Kowpaka. Nasze, dotąd spokojne Rokitno, uległo pierwszemu nocnemu atakowi sowieckich partyzantów.
Próba Niemców, posłużenia się UPA w zwalczaniu dywersji sowieckiej zawiodła, bo kierownictwo OUN, doświadczone niedotrzymaniem obietnicy utworzenia wolnej Ukrainy, walki takiej nie podjęło, asekurując swoją zbrojną obecność wobec przejawionego ruchu partyzanckiego tzw. „Bitwy o szyny”. Dowództwo UPA podstępnie przekonało Niemców, że walka z dywersją sowiecką , powinna zacząć się od zniszczenia bazy zaopatrzeniowej partyzantów radzieckich, którą na całym zapleczu stanowią jakoby wioski polskie. Niemcy, mając na uwadze jednoczesne zwalczanie dywersji radzieckiej, taki plan walki akceptowało i zaopatrzyło ukraińskich faszystów w nowoczesną broń i pomoc. Posiadając tak cenne uzbrojenie, i zgodę na samodzielne podejmowanie akcji przeciwko wioskom i ludności polskiej, to samo dowództwo UPA pokrętnie przedstawiło tą akcję Sowietom, jako walkę uciśnionego ludu z ciemiężcami Ukrainy. Sowieci, nawiązując do własnych haseł z września 1939 roku, i mając na uwadze odgórny rozkaz bitwy o szyny, a także zapewnioną nieingerencję rzekomych zwolenników Niemiec, na wzmożoną akcję UPA, patrzyli przez palce. Taka polityka ukraińskich faszystów , przysparzała korzyści zarówno dla Niemców jak i dla Sowietów. Dla nas Polaków, walczących z piątą kolumną o ratowanie istnień ludzkich, była ona zapowiedzią zupełnej klęski narodowej.
W tym układzie stosunków politycznych,, spodziewana pomoc ze strony wzmagającego się ruchu partyzanckiego – nie nadchodziła. Przyciszoną akcję OUN-u można było wyraźnie zauważyć tylko na poleskiej stronie toru, t.j. na obszarze będącym całkowicie pod kontrolą partyzatki sowieckiej. Wołyńska strona natomiast z dala położona od kolei, była objęta powstaniem ukraińskim. Zagrożenie z południa, skłoniło mnie do uzyskania zgody Niemców na oficjalne dysponowanie bronią. Zgłosiłem żandarmerii propozycję i gotowość pełnienia służby wartowniczej na terenie huty i miasta przez samych hutników. Ten krok był omówiony z Jaworskim i stanowił odwrócenie uwagi Niemców, skłonnych uwierzyć donosicielom ukraińskim o mojej współpracy z dywersantami radzieckimi. Oferta została przyjęta, tym bardziej, że szef żandarmerii Johan Sokolowski / Ślązak z pochodzenia / był przychylny mojemu projektowi. Zastrzegł jednak, że po każdej nocnej służbie, karabiny i amunicja , będzie zdawana na posterunku. Pełnienie takiej służby wartowniczej, w praktyce stwarzało mi warunki utrzymywania Samoobrony w ostrym pogotowiu bojowym. Taka aktywność była na czasie , bo wywiad donosił o niepokojącym wrzeniu wśród hajdamackich watah organizującego się UPA. W takich warunkach maj 1943 roku , zapowiadał się czerwienią nocnych pożarów wiosek polskich, położonych po południowej stronie toru i przelewem krwi bezbronnej ludności mazurskiej. 
Dopełnieniem nowego zagrożenia , była wizyta kolegi „Jaśka” / Jana Żygadły / ze wsi Mokre. Wioska ta była położona obok Moczulanki, stacji końcowej linii wąskotorowej prowadzącej z Rokitna. Mój gość przybył prosić o pomoc i poradę, wobec zagrożenia napadem rezunów zza Słuczy. Donosił o wzmożonym ruchu „bulbowców”, licznych napadach, rzeziach, grabieżach mienia, a równocześnie, o dzielnej obronie jaką stawiali bracia Kurjaci z chutoru Bronisławka. Grozę sytuacji podkreślił brakiem amunicji. Nie będą mieli czym strzelać Kurjaci, aby powstrzymać przeprawę bulbowskich watah przez Słucz. Hutor Bronisławka - mówił Jaśko - to nasz najważniejszy punkt obserwacyjny i obronny, bo z tego miejsca dobrze widać całą wieś Bystrzycę po drugiej stronie rzeki. Stanowi ona główną bazę rezuńską, skąd kierowane są mołojeckie watahy do napadów po naszej stronie rzeki.
- A czy w waszej okolicy sowiecka partyzantka jeszcze się nie pokazała ? 
- Pokazać, to się pokazała – mówił Jaśko – ale co z tego. Przyjdą, popatrzą, popytają, o naszych sprawach nie chcą słuchać i idą dalej wykonywać to, co im władza nakazuje. 
- Czy próbowaliście z nimi nawiązać kontakt informacyjny i czy prosiliście o pomoc ? 
- Na takie potrzeby i zwierzenia to trzeba czasu, aby ich rozpoznać, bo w tym może się kryć podstęp bulbowców – mówił Jaśko.
- Ostrożność nie zaszkodzi, ale w waszych warunkach należałoby dowiedzieć się osiedzibie ich dowództwa i z nimi nawiązać kontakt, a nie z podwładnymi – radziłem.
- Pewnie tak zrobię, bo ja znam miejsce postoju partyzanckiego dowództwa. Bazują we wsi Uniszcze, zaraz za naszą granicą. Przed wojną bywałem tam często i znam dobrze tą wieś. 
- To bardzo dobrze, że kolega jest tak zorientowany. Należy jednak do tego dowódcy udać się w kilka osób, jako delegacja waszej wioski i razem prosić o pomoc w formie opieki i obrony na wypadek napaści. Do złożenia takiej wizyty musicie się dobrze przygotować, bo radzieckiemu dowódcy musi bardzo zależeć na wiadomościach z waszego terenu. Sytuację w waszym rejonie zagrożenia, musicie przedstawić, jako ludobójstwo bezbronneuj ludności polskiej ze strony faszystów ukraińskich wysługujących się Hitlerowi. Musicie dać informację o koncentracji bulbowców przekształconych w UPA i wyposażonych w broń przez Niemców. Ze słów kolegi wywnioskowałem, że macie dobre rozeznanie rezunów ze wsi za Słuczą, a na takiej informacji partyzantom bardzo zależy. Proszę zapamiętać kolego, musicie mocno zaakcentować cele faszystów ukraińskich zmierzających do zniszczenia Polaków i ich osiedli jako bazy zaopatrzenia partyzantki radzieckiej. Dowództwo partyzanckie musi znać swojego przeciwnika w terenie, podobnie jak przyjaciela. Dotychczas dobrze bronili was Kuriaci, ale teraz wy trzymacie losy wioski i całej okolicy w swych rękach i podobnie jak od Kuriatów, od was zależy życie Mazurów na tamtym terenie. Pamiętajcie, że uratować was może tylko należyte przedstawienie zagrożenia, ja innej rady udzielić wam nie mogę. Broni nie posiadam tyle, abym mógł wam dać, ale dla własnej obrony kilka granatów możecie wziąć, choć mam ich niewielki zapas.
Jaśko postąpił ściśle według mojej rady, a sowiecki dowódca – jak mnie później informowano – wysłuchawszy prośbę, polecił delegacji wracać do wsi i uspokoić mieszkańców, bo nad ich bezpieczeństwem będą czuwać partyzanci, a po dwóch tygodniach wieś otrzyma odpowiedź i stałe ubezpieczenie zbrojne. Tak szczęśliwie się złożyło, że tym dowódcą okazał się późniejszy generał Szytow, bardzo przyjaźnie ustosunkowany do Polaków. Obietnicy dotrzymał, bo po upływie określonego terminu, do wioski przybyła 14-osobowa grupa partyzantów na stały postój, w celu sprawowania przyrzeczonego delegacji bezpieczeństwa . Tak oto wieś Mokre i okolica, w geście przyjaźni i dobrej woli otrzymała pomoc, tym razem od partyzantki sowieckiej. Wyrazem wdzięczności mieszkańców był akt zgłoszenia udziału bezpośredniej woli walki Polaków z nieprzyjacielem: dowódca wiejskiego patrolu sierżant Sitajło, po dwóch tygodniach, zameldował dowódcy oddziału partyzanckiego 100 ochotników Polaków, do służby w partyzantce. Zainteresowany gotowością bojową i obroną mieszkańców, Szytow osobiście przybył do Mokrego. Po odebraniu raportu, był urzeczony znakomitą postawą polskich żołnierzy, rezerwistów. Ten oficer z prawdziwego zdarzenia, na pierwszy rzut oka docenił dobrą bojową wartość ochotników, a poziom wyszkolenia i zdyscyplinowanie, zaimponowały mu do tego stopnia, że niezwłocznie podjął decyzję utworzenia z nich nowej jednostki partyzanckiej. Powiedział wtedy: doceniam waszą wolę walki z faszystowskim najeźdźcą, doceniam także wysoki poziom wyszkolenia jakie już posiadacie, a patrząc na wasze polskie mundury i rogate czapki, postanowiłem stworzyć z was osobny oddział. Z uwagi na to, że jesteście Polakami, jednostkę nazwiemy imieniem polskiego rewolucjonisty Feliksa Dzierżyńskiego.
Taki oto był początek życia tej jednostki, polskiego oddziału, który od tego czasu walczył mężnie w zjednoczeniu Szytowa. Oddział ten zabezpieczał ludność tamtejszą przed napadami band rezuńskich, chociaż ze względu na przynależność organizacyjną i terenową , nie był w stanie uniemożliwić bandyckiej działalności rezonów, na innych zasłuczańskich terenach.
W kilka dni po wizycie Jaśka Żygadły, a ściślej dnia 27 na 28 maja 1943 roku, powiadomiono mnie o napadzie bulbowców na wieś Staryki. Wiadomość o zbrodni przyniósł zadyszany goniec, a łuna pożaru potwierdziła grozę meldunku. Udałem się natychmiast do pana Sokolowskiego z prośbą, o pozwolenie niesienia pomocy napadniętym, siłami naszej służby wartowniczej w hucie. Sokołowski na taką interwencję wyraził zgodę, ale jako dowódca żandarmerii, o aprobatę takiej akcji, musiał prosić szefa SD. W kręgach władz niemieckich podjęto rozmowy telefoniczne, przetargi i narady, a zwłoka mnożyła ofiary rezuńskich siekier. Kiedy zapadła decyzja, było już za późno na ratunek. Mając w pogotowiu 10 – osobową grupę, jechałem na pierwszym wozie, a za mną na drugim czterech żandarmów. Do palącej się jeszcze wioski, pierwsi wkroczyli doświadczeni drużynowi, a w tym „Dęboróg”. Na miejscu zbrodni stwierdziliśmy, że rezuni wycofali się gwałtownie, pozostawiając łupy i nie uprowadzając żywego inwentarza. Jak zdołałem ustalić, przyczyną wycofania się bulbowców , był atak nielicznej grupy partyzantów z organizującego się jeszcze oddziału Satanowskiego. Partyzanci znaleźli się w pobliżu przypadkowo i oddali kilka nieszkodliwych salw z karabinu maszynowego. Bulbowcy, spłoszeni atakiem spodziewanej obrony – wycofali się bez poniesienia strat. Zniszczenie wioski było jednak ogromne. Biegiem udałem się do zagrody Antonirgo Garbowskiego, który jeszcze przedwczoraj , był u mnie na naradzie i zapewniał o gotowości bojowej miejscowej Samoobrony. Tymczasem o zgrozo .... na podwórzu dogasającego domu dostrzegłem jego zmasakrowane zwłoki, miał rozrąbaną głowę, a wylewający się z czaszki mózg, zjadał wolno chodzący po podwórzu wieprzak. Ułożyłem ciało zamordowanego drużynowego na stojącym obok wozie. Rozejrzałem się po obejściu i za zgliszczami palącego się jeszcze domu, na grządkach warzywnych, ujrzałem zwłoki kobiety. Była to synowa zamordowanego, na jej zakrwawionej sukni stwierdziłem kłute rany. Nieszczęśliwą zabito widłami, kłując w brzuch. Chcąc ją dźwignąć i ułożyć na wozie obok zarąbanego zauważyłem, że zmarła kobieta przytrzymuje coś ramieniem. Odsłoniłem chustę i ....zdrętwiałem z przerażenia ! Nieżywa kurczowo ściskała niemowlę, które nadzwyczaj spokojnie ssało pierś swojej martwej matki ! Teraz, dziecko nieco wystraszone, jeszcze bardziej przytuliło się do niej i spoglądało na mnie swoimi niebieskimi oczkami.
Na odgłos polskiej mowy i widok drużyny niosącej pomoc, wypełzły ukryte w bruzdach ogrodu i pobliskich zaroślach kobiety. Ich wystraszone twarze pamiętam do dzisiaj, zamierzały dziękować za spóźnioną pomoc. Powstrzymując ich od tego zamiaru – pokazałem sierotkę, która od zaraz wymagała kobiecej opieki. Niemowlęciem zajęły się zawodzące żałośnie sąsiadki. Pytaliśmy wszyscy jak doszło do takiego dramatu, czy Samoobrona nie stawiała oporu ?. Odpowiedziano, że nie, bo do wioski weszła mała grupa partyzantów sowieckich. Byli ubrani po sowiecku, a na czapkach mieli czerwone rąby. Nasi chłopcy nic nie podejrzewali – mówiła kobieta świadek – bo poprzednio już kilka razy przychodzili ubrani podobnie, pytali, rozmawiali i odchodzili spokojnie. Nasze gosposie nawet zakrzątnęły się, aby przygotować przyjaciołom posiłek, a gospodarze gwarzyli swobodnie i posłali po samogon. Partyzanci dopytywali o Samoobronę i zapewniali pełne bezpieczeństwo, a kiedy wszystko było już przygotowane do biesiady, jeden z partyzantów wyszedł na ulicę i wystrzelił rakietę. Na ten sygnał ze wszystkich stron ruszyło natarcie z okrzykami:
- Na Liachiw ! Byj, riż, rubaj sekyroju ! Za Ukrainu ! Na Mazuriw, byj, riż ...! 

Zaskoczenie było tak nagłe i niespodziewane, że nasi chłopcy zupełnie potracili głowy i nie zdążyli nawet chwycić za broń, więc zarąbano ich bez trudności. Na te okrzyki kobiety chwyciły za małe dzieci i uciekały do ogrodów, do lasu, gdzie kto mógł. Wtedy dopiero bulbachy pokazywali co potrafią. Gwałt i lament dobijanych ludzi, szum pożaru, ryk bydła i groza męczeńskiej śmierci, tak straszna i przerażająca, że człowiek żywy był zaszokowany okrutnym widmem śmierci, padał i nic już nie czuł, chciał umrzeć razem z bliskimi i nie patrzeć na piekło, jakie stworzyli im zdziczali rezuni „Bulby” !
W tym podstępnym napadzie zginęło śmiercią męczeńską kilkadziesiąt osób. Dokładnej liczby uśmierconych nie ustalono. Była to w przybliżeniu połowa mieszkańców wioski. Większa część budynków mieszkalnych i zagród gospodarskich z uwagi na luźną ich lokalizację wśród lasu ocalała. Obrońcy z Samoobrony innych wiosek, zostali pouczeni i podstęp, którego ofiarą padły Staryki, już się nie powtórzył. Żandarmi sporządzili krótki raport o stanie zniszczenia i ilości pomordowanych, a ja notatki o podstępnym zaskoczeniu. Posłużyły mi one między innymi do instruowania i pouczeń innych oddziałów Samoobrony. Jak zdołałem ustalić, sprawcami napadu byli bulbowcy z sąsiedniej wioski ukraińskiej Karpiłówka. Wpływy OUN-u były tu bardzo silne , bo wprowadził je i utrwalił sam Taras Borowiec, który przed wybuchem wojny mieszkał w tej wiosce, będąc właścicielem czynnego kamieniołomu. W Karpiłówce pod płaszczykiem przedsiębiorcy, Borowiec rozwijał działalność OUN-u, która objęła również sąsiednie wioski Kisorycze i Borowe, oraz inne osiedla ukraińskie w rejonie Rokitna. Następstwem tej działalności przygotowawczej były zbrodnie ludobójcze w Starykach i innych polskich wioskach południowego Wołynia.
W międzyczasie uzyskałem niezmiernie ważny sygnał od dowódcy komórki łączności i wywiadu wojskowego. Poinformowano mnie o nieoficjalnym nawiązaniu kontaktu z osobami z Ruchu Oporu w kraju. Ruch ten zakonspirowany pod nazwą „Armia Krajowa” stał się dla nas tą organizacją wojskową jakiej poszukiwaliśmy. Zdołaliśmy ustalić, że dowodzi nią wódz naczelny Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, a kieruje rząd Polski w Londynie.
Dopytywałem się, w jaki sposób dotarła do nas ta informacja, kto i kiedy ją uzyskał. Z ostrożności, zawsze ostrzegałem swoich funkcyjnych podwładnych, o możliwości prowokacji, ale miałem jednocześnie świadomość, że mój brat Janek, któremu powierzyłem sprawy łączności był dobrym wywiadowcą i nie lada spryciarzem. Tę wieść przywiózł z Sarn i dobrze ją sprawdził.

- Informację przekazał mi człowiek godny zaufania, Polak - mówił dalej - Tym razem kontakt jest pewny. Należą do tej organizacji ludzie, którzy nas znają i darzą zaufaniem. AK jest tą właściwą organizacją podziemną obejmującą cały kraj. Ich wojewódzki ośrodek mieści się w Łucku, a odcinek Sarny zamierza objąć swą siecią organizacyjną również miasto Rokitno.
- Janku, jeśli upewniłeś się już, to proszę skomunikować mnie z nimi jak najszybciej. 
- To może nastąpić już teraz, tutaj, w Rokitnie. Bez zbędnych przygotowań możesz rozmawiać z panem Antonim Madoniem, który jest jedynym członkiem AK w naszym mieście i posiada odpowiednie pełnomocnictwa. Znasz go, bo jest kierownikiem niemieckiej piekarni. Umówię cię z nim w domu naszej matki.
Antoni Madoń, znał dobrze dotychczasową działalność naszej samodzielnej organizacji Ruchu Oporu. Na tajnym spotkaniu oświadczył, że AK którą reprezentuje, posiada dostateczne rozeznanie działalności naszej Samoobrony. Informacje te pochodzą m.in. od „Parasola”, który już poprzednio miał z nami styczność. Jednocześnie Madoń wyjaśnił, że wszelkie formalności organizacyjne odnośnie utworzenia w Rokitnie Komendy Odcinka AK załatwi na miejscu, gdyż faktycznie jest Pełnomocnikiem Delegatury rządu polskiego na miasto Rokitno. Oznajmił również, że kontakt z władzą zwierzchnią, a także zapoznanie się z owiązującym regulaminem i zasadami prowadzenia tajnej dokumentacji konspiracyjnej, może nastąpić dopiero po odebraniu mojej przysięgi, także tutaj na miejscu.
- A jak uzyskam pewność, że teraz postępuję właściwie i jestem wśród swoich? 
- A czy jest pan pewny takiego Polaka jakim jest pan Osinkowski z Rokitna, obecnie zamieszkujący w Sarnach ?
- Tak, jestem pewny.
- Kolega Osinkowski należy do naszej organizacji i wydał o panu bardzo pochlebną opinię – wyznał delegat.
Po tym wyjaśnieniu nie miałem już wątpliwości. Następnego dnia złożyłem uroczysta przysięgę żołnierskiej wierności Armii Krajowej. Antoni Madoń / pseudonim Korybut / wyjechał służbowo do Sarn i przy okazji, złożył raport swojemu przełożonemu, o postępie prac organizacyjnych i odebranej przysiędze od przywódcy Samoobrony w Rokitnie, występującego pod pseudonimem „Jeremicz”. 

Dnia 1 czerwca 1943 roku, otrzymałem tajne pisemko na bibułce następującej treści: Z dniem 1.06.1943 r mianuję Obywatela „Jeremicza” Komendantem Odcinka Rostów / Kobus/. Jak wynikało z tej korespondencji i danych struktury organizacyjnej przekazanej ustnie przez kol. Korybuta, miasteczko Rokitno przybrało konspiracyjną nazwę „Rostów”. Druga, otrzymana tego dnia korespondencja brzmiała : „Jeremicz”- Polecam Wam przytstąpić natychmiast do pracy na waszym terenie w myśl instrukcji i wytycznych otrzymanych na piśmie i ustnie od Korybuta. - Kom. Sam. Ośr. Staw. Kobus”. 
Dla mnie polecenie to stanowiło rozkaz, do wykonania którego byłem już przygotowany. Należało zapoznać podwładnych ze strukturą organizacyjną obowiązującą w AK, odebrać przysięgi i ustawić do pracy na nowych zasadach konspiracyjnych.
Muszę przyznać, że wykonywanie tego pierwszego rozkazu, przy świadomości, że jest on wolą wodza naczelnego Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie przekazywaną podwładnym w kraju, napawała mnie dumą i podnosiła na duchu. Takie samo wrażenie odnieśli moi podwładni, poinformowani przeze mnie o znaczeniu i charakterze świadczonej służby. 
Wcielenie naszej organizacji do AK, moi podwładni przyjęli z entuzjazmem jako awans i uznanie dotychczasowych wysiłków. Dało się to wyczuć szczególnie podczas odbieranej przysięgi i wykonywania pierwszych zadań wojskowych. Przy tak umocnionym układzie sił i woli walki, wkrótce złożyłem raport o wykonaniu pierwszego rozkazu organizacyjnego, a następny wysłany w ślad za nim, donosił o objęciu siatką organizacyjną okolicznych wiosek, w których zostały powołane do służby drużyny Samoobrony.
Praca organizacyjna w terenie , zapobieganie napadom i ich udaremnianie, ruszyła w pełni zasobu sił, bo rosnące nasilenie agitacji OUN-owskiej i nawoływanie do powstania i rzezi Polaków rosło z każdym dniem. Jak wynikało z doniesień, wzmożona akcja partyzantki radzieckiej minowania torów, nie przeszkadzała działalności ukraińskich faszystów. Ci żądni krwi zwyrodnialcy nie przerwali napadów na położone z dala od kolei wioski polskie. Na naszym odcinku wskutek wzmożenia czujności drużyn Samoobrony i akcji zapobiegawczej, po napadzie na wieś Staryki nastąpiło uspokojenie, lecz w innych okolicach, rezuni zbierali obfite żniwo. 
Toteż przy końcu lipca dotarła do nas przykra wiadomość z terenu. Doniesiono nam, że bohatersko broniąca się wieś Stepańska Huta – padła. Był to bolesny cios dla całej naszej organizacji, bo oblężonym nikt nie przyszedł z pomocą, a broniącym się zabrakło amunicji. Wiadomym nam było, że do Stepańskiej Huty, zjechała się kilkutysięczna ludność okolicy, aby pod osłoną znakomitego dowódcy tamtejszej załogi kpt. „Bomby” – ratować życie.
Aby przyjśc z pomocą rozpaczliwie broniącym się Polakom, należało tylko na tyłach faszystowskich band oddać kilka salw karabinowych, aby dzicz hajdamacka pierzchła. Na taki krok nie zdobyli się jednak ani Sowieci, ani też niedaleko biwakujący dowódca grupy AL „Maks” /Sobiesiak/. 
Zrozpaczony dowódca, ostatnim wysiłkiem uderzenia na obławę, zdołał przedrzeć się z okrążenia i uratować część załogi. W tym samym czasie znaczna ilość ludności, zdołała także wydostać się przez otaczający kordon docierając do stacji kolejowej Rafałówka. Tam dopiero Niemcy przekonali się , co potrafi uczynić faszyzm ukraiński na Wołyniu, gdzie bezbronna ludność polska rzucona jest na kolana przez obłędne, oparte na ludobójstwie powstanie zorganizowane przez UPA. W Rafałówce Niemcy odbierali pokorę Polaków, których w głębi kraju, nie zdołały pokonać żadne represje ze strony okupanta.
Z Rafałówki wysłano ocalałą młodzież na roboty do Niemiec i tu przymusowo mobilizowano zdolnych fizycznie do oddziałów pomocniczych policji. Takie upokorzenie i załamanie się Polaków, było skutkiem naszej słabości i nie wspierania w najgorętszej chwili oddziałów samoobrony, które w takich warunkach musiały ulec.
Na terenie mojego odcinka, aczkolwiek masowe napady były udaremnione, jednak ludzi dotkniętych rzezią i pożogą wsi w dalszych okolicach było ciągle dużo. Uciekinierów z terenów nadsłuczańskich dostarczała kolej wąskotorowa. Ludność gminy ludwipolskiej nękana przez bandy rezunów, szukała ratunku w Rokitnie, a nie w pobliskim Kostopolu, bo nieustannie groźna działalność tych band, uniemożliwiała dostęp do tego miasta.
W związku z tym, do zorganizowania pomocy społecznej tym rodzinom, zmobilizowałem specjalną ekipę kobiet w osobach: mojej Matki i pań Grejner, Celmer, Sternik i innych. Najważniejszym zadaniem tej ekipy – poza pomocą materialną i mieszkaniową – było przeciwdziałanie poborowi młodzieży do ciężkich robót w Niemczech i podejmowaniu służby w oddziałach pomocniczych policji organizowanych przez Niemców, a także do kierowania tych młodych mężczyzn, do służby w jednostce partyzanckiej AK. 
Po upadku Stepańskiej Huty, najsilniejsza Samoobrona, znajdowała się we wsi Przebraże . Natomiast, najbliższy polski oddział partyzancki , stacjonował na stałe w lesie k/Starej Huty, po prawej stronie Słuczy, za Moczulanką. Pozostawał on wtedy jeszcze w stanie organizacyjnym, a trzonem kadrowym dającym początek tej leśnej jednostce, była częściowo ocalała załoga Stepańskiej Huty, z jej dowódcą kpt. „Bombą”, który na nowym stanowisku przyjął pseudonim „Wujek”. Tak się złożyło, że podczas wyprowadzania załogi z oblężenia Stepańskiej Huty, kapitan został ranny w rękę. Na postoju, w ukrywającej załogę leśniczówce, córeczki leśniczego, biorąc kapitana za kuzyna nazywali go wujkiem. Po wyzdrowieniu kapitan zawołanie niewinnych dzieci, przyjął jako szczęśliwy omen i od tego czasu nakazał swoim podwładnym – nazywać się „Wujkiem”.

23. SPOSOBY ZAPOBIEGANIA I UDAREMNIANIA NAPADÓW

Terminu „zapobiegania i udaremniania napadów” w swoich relacjach już używałem, nie opisując bliżej istoty stosowania ich w praktyce. Były one różne. Na odprawach i naradach służbowych, kładłem nacisk na dobrą łączność i wywiad. System łączności powinien być tak ustawiony, aby w razie napadu można było zawiadomić sąsiednią wieś, a ta z kolei, miała obowiązek podpalania ukraińskich osiedli napadających. Taka metoda poniekąd zdawała egzamin, bo rezuni widząc łunę pożaru nad swoją wioską, porzucali zbrodnię i rozbiegali się, aby ratować własne zagrody i dobytek. W praktyce stosowane były także i inne sposoby. Posłużyli się nimi m.in. Wilczyński i Łoś w okolicach Włodzimierca, o czym była już wzmianka, jak to ataman święconymi siekierami polecił odrąbanie głów swoich sotennych. Takie udaremnianie to jednak przypadek, ale uzyskany wynik, potwierdził dobrą pracę wywiadu. Podobne udaremnienie napadu bandy rezunów , miało także miejsce i na moim odcinku, o czym pragnę zapoznać czytelników. Poniżej podaję relację pana Tadeusza Kuphala pseudonim „Gustaw” który zamieszkiwał w Sarnach i był członkiem tamtejszej Samoobrony. Mając dziewczynę w Klesowie, na Puchaczu, przyjeżdżał do niej w odwiedziny. Podczas takiej wizyty, słysząc o groźbie napadu na tą miejscowość, skomunikował się z drużynowym kol. Krakowiakiem, aby pouczyć go i omówić z nim ewentualne środki zapobiegawcze. Podczas udzielania lekcji, nagle wpada goniec i melduje:
- Bulbowcy planują napad !
- Kiedy i na jaką miejscowość ? pytał drużynowy Krakowiak.
- Prawdopodobnie chodzi o Klesów, ale z treści roznoszonego zawiadomienia wyraźnie to nie wynika – wyjaśnił.
- Pokażcie tą ulotkę – wtrącił Gustaw.
Ulotka była napisana pismem odręcznym w języku ukraińskim i nawoływała bulbowców do napadów i likwidowania wrażych patroli najeźdźców. Zdobytą broń i amunicję oraz umundurowanie należy znosić do .../ tu podano trzy adresy miejscowych działaczy ukraińskich z Klesowa /. Dalej w ulotce wyjaśniano, że tylko tak zdecydowaną walką naród ukraiński może wyzwolić swoją ziemię od Lachów i osiągnąć upragnioną wolność.
- To dobra okazja - mówił Gustaw – bo treść tej ulotki Niemcy mogą uznać jako wezwanie do walki przeciwko nim. Dla utwierdzenia ich w takim przekonaniu należy przedsięwziąć jakiś udany napad na funkcjonariuszy służby niemieckiej i w miejscu akcji rozrzucić takie ulotki. Niemcy wtedy sami unieszkodliwią przywódców bandy, co w rezultacie zapewni spokój Polakom na wiele miesięcy.
- Teraz rozumiem – rzekł Krakowiak, treść ulotki rzeczywiście może być dla Niemców prowokacyjna. Według mojego rozeznania, niemiecki patrol żandarmerii, wychodzi co wieczór na tory kolejowe. Sprawdzają trzykilometrowy odcinek w kierunku Tomaszgrodu i wracają jeszcze przed zapadnięciem zmroku.
- Czy to jest pewna informacja – zapytał Gustaw. Zwykle taki patrol składa się z trzech uzbrojonych żołnierzy, w tym jednego z automatem.
- A więc do akcji z naszej strony potrzeba także trzech odważnych, a ja ich teraz nie mam, są w terenie, tłumaczył Krakowiak.
- dobrze, ja więc będę pierwszy – oznajmił Gustaw – proszę o przydzielenie jeszcze dwóch.
Godzinę później, Gustaw szedł z dwoma nieletnimi chłopcami przez las, w kierunku toru kolejowego. Kiedy znalazł się na miejscu, które wyznaczył na pozycję wyjściową, przekazał pozostałym cel wyprawy. Ułożymy się 15 metrów od toru i pozycję swoją zamaskujemy w zaroślach. Do pierwszego z automatem strzelać będę ja, a do drugiego ty, a do trzeciego on, tylko musicie dobrze celować i robić to z zimną krwią. Strzały oddajcie prawie jednocześnie, zaraz po moim. Z wystraszonych min chłopaków wynikało, że akcja taka im nie odpowiada. Jeden z nich wypowiedział nawet sąd, że zabójstwo żandarmów może ściągnąć nieszczęście na całe osiedle. Gustaw przetłumaczył im treść ulotki i oznajmił, że rozrzuci je na torach obok zabitych, podejrzenie padnie wówczas na bulbowców. Jest teraz ku temu dobra sposobność. Chłopcy nadal wyglądali jednak na wątpiących, ale Gustaw wyznaczył im tymczasem stanowiska i pozostał w oczekiwaniu na pojawienie się Niemców. 
Rzeczywiście przed zmrokiem, na torze kolejowym wyraźnie zarysowały się trzy sylwetki niemieckich żandarmów. No, aby tylko, któryś z chłopaków nie wystrzelił za wcześnie. Pierwszy żandarm z automatem zrównał się ze stanowiskiem Gustawa. Padł strzał i żandarm jak długi runął na ziemię, a pozostali dwaj raptownie zrobiwszy w tył zwrot, z okrzykiem helfe, helfe ! - –zaczęli uciekać. Gustaw, zorientowawszy się , że jego współtowarzysze nie oddali umówionych strzałów, przyklęknął i strzelał za uciekającymi. Niemcy jednak wciąż biegli wołając helfe! helfe ! Podszedł więc do leżącego i zdjął mu automat, zabrał naboje, granaty i ściągnął buty, rozrzucając ulotki obok trupa. Po wykonaniu zadania, udał się na miejsce spotkania, które ustalił przed akcją. Chłopaków jednak tam nie było. Jak widać, obleciał ich strach i pozostawili go samego. Tak bywa – pomyślał – znajdują się przecież i tacy, którzy w ostatniej chwili wieją z placu boju. To chyba zbyt młodzi ludzie.
W następnym dniu żandarmi znaleźli przy zabitym koledze ulotki, na których odczytali adresy rzekomych sprawców zabójstwa. / drugi oddany strzał Gustawa, był również trafny i ranny zmarł tej nocy /.
Po tym zdarzeniu , żandarmi rozstrzelali na miejscu, najbardziej aktywnych OUN-owców zapewniając spokój w Klesowie i na Puhaczu. Gustaw był zadowolony, że tym wyczynem zapewnił bezpieczeństwo osiedla i kochanej osoby, jednak nie na długo. W kilka miesięcy później jego dziewczyna zginęła pod cięciem święconej siekiery, a Gustaw chcąc pomścić jej śmierć, przeszedł na służbę do O/P kpt. Wujka. W tym napadzie bulbowców, uległa zniszczeniu wraz z ludźmi polska wieś Łomak, położona w pobliżu Tomaszgrodu.

24. DOBRE I ZŁE STRONY GORLIWOŚCI POLICJI UKRAIŃSKIEJ

Na jednej z odpraw drużynowych Samoobrony z terenu, znalazłem się w kłopotliwej sytuacji. Drużynowy z Budek Snowidowickich kol. Hieronim Dywidowicz, domagał się dodatkowego zaopatrzenia w broń i uzupełnienie amunicji, a ja nie mogłem zaspokoić jego potrzeb. Drużynowy uskarżał się, że zagrożenie jego wioski przez bulbowców z Niestreby, Derci i pobliskich im chutorów jest bardzo duże. Co ja pocznę wobec przeważającej siły rezunów, mając tylko dwa karabiny radzieckie i 30 naboi ? – zapytywał.
- Ja dostarczę wam broń i amunicję – rzekł Dęboróg. Wydzielę ją ze swoich żelaznych zapasów.
- Czy to są zapasy nie ujęte stanem ewidencji ? – zapytałem.
- Tak – odpowiedział Dęboróg. 
- Więc skąd je masz ? 
- Dostałem od komendanta ukraińskiej policji – odpowiedział.
- Jak to, od Wakuły ?
- Nie, od Recława – mówił dalej Dęboróg. Dwa karabiny sowieckie i 400 sztuk amunicji, zostały zorganizowane przez Kurkowskiego i przekazane do powstającego oddziału policji porządkowej. Komendant Recław, po otrzymaniu broni na ten cel od Niemców, po cichu, te stare graty oddał mnie i powiedział, bierz chłopie i schowaj, to przyda ci się do walki z hajdamakami atamana „Bulby”. Mnie nie trzeba było dwa razy powtarzać takiej okazji, więc broń ukryłem – mówił Dęboróg.
Byłem zaskoczony zarówno informacją o nieznanym stanie naszego uzbrojenia jak i stosunkiem Recława, bo ofiarodawcą był Niemiec, chociaż hutnik, rozumiejący nasze potrzeby. Jak wynikało z jego zachowania, nigdy nie był naszym wrogiem. Szkoda tylko, że Niemcy wysłali go do Reichu, a jego miejsce teraz zajmuje nienawistny Ukrainiec Piotr Wakuła. Byłem oburzony na Władka, że takie tajemnice ukrywał przede mną, choć jednocześnie zadowolony z dozbrojenia Samoobrony w Budkach Snowidowickich, bo do tych karabinów i amunicji doszły jeszcze granaty.
Jak wynikało z obserwacji, wspomniany następca Recława, Ukrainiec Piotr Wakuła, był zdecydowanym wrogiem Polaków. Postawa hutników w naszym miasteczku bardzo go raziła. Szczególnie niepokoiło go zachowanie się „Dęboroga”. Pewnego razu, przechodząc z patrolem obok domu moich rodziców, zauważył lekceważącą postawę Władka wobec jego obecności. Zgorszony tą prowokacją władzy, nakazał aresztowanie prowokatora, aby na posterunku dać nauczkę, śmiałkowi. Zdziwienie komendanta było wielkie, bo jego podwładny odmówił wykonania rozkazu.
- Co to ma znaczyć, dlaczego odmawiacie ? – zapytał.
- Boję się z nim zadzierać– odpowiedział policjant.
Wakuła nerwowo żachnął się i tylko popatrzył na Władka, ale sam dokonać aresztowania – nie odważył się. Zachodzi pytanie, dlaczego zewsząd, osobę mojego najmłodszego brata Władka darzy się takim respektem. W konspiracji taki stosunek jest poniekąd doceniany, jednak żeby zrozumieć jego nietaktowne zachowanie się wobec ukraińskich policjantów, należy cofnąć się w czasie, do lat szczenięcych naszego Władka. Przypominam sobie, kiedy był jaszcze małym chłopcem i przynosił do huty posiłek starszym braciom. Kilka lat starszy od niego Giezo Stryczek wracając rankiem z pracy do domu został zatrzymany przez łobuzów, na terenie zakładu. Giezo aby uwolnić się od swawoli chłopaków – wołał: 
- Władek ...! Oni mnie nie pozwalają przejść ...!
- Idź śmiało i nie bój się ...! – krzyknął będący w pobliżu, chociaż niewidoczny Władek, a kiedy jego głos został rozpoznany, prześladowcy uwolnili Giezę i zniknęli bez śladu. Dowodziło to, że nasz mały brat, już wtedy miał posłuch u miejscowych łobuziaków i potrafił narzucić swoją wolę wszystkim młodzieżowym szumowinom.

Innym razem - przyszedł do naszego ojca ze skargą na Władka pan Anikin – mówiąc:
- Panie Dytkowski ..., my się Bogu dzięki znamy nie od wczoraj i nasze stosunki sąsiedzkie zawsze były przyjazne, a teraz, aż wstyd mówić, przychodzę do pana z przykrą sprawą.
- A to co się stało ? – przerwał zaciekawiony ojciec.
- Pański syn tak mocno pobił mojego Wowkę, że leży w łóżku i gorączkuje.
- Który to ? – zapytał ojciec – bo ja ich mam kilku, to zapewne Janek.
- Wowka powiedział, że Władek.
- E, to jakieś nieporozumienie panie sąsiedzie, bo mój Władek to jeszcze dzieciak, a pański Wowka to przecież mężczyzna, więc to musiał być Janek - zawadiaka. 
- Pan ma na myśli zięcia Nowikowa ? – pytał Anikin.
- Tak, bo to niespokojna dusza i ja zawsze przez niego miałem kłopoty.
- Nie, nie, to nie on – przerwał pan Anikin.
- Więc Kazik ?
- Nie, panie Dytkowski, nie on.
- No to Jerzy, ale rany boskie, co mu przyszło do głowy !
- Nie, nie, ja pańskiego starszego syna znam, a mnie powiedział Wowka, że to Władek.
- No to ja sprawdzę panie sąsiedzie i niech pan wybaczy i uwierzy, że ja takich wybryków nie pochwalam. Dojdę który to zrobił i sprawca zostanie ukarany. Stanowczość sąsiada zastanowiła jednak ojczulka i przyszedłszy do domu groźnie spojrzał na siedzącego przy stole Władka i zapytał:
- To ty pobiłeś Anikina ?
- Ja – powiedział pokornie Władek.
- Ty ? – żachnął się ojciec niedowierzająco. 
- Ja tatusiu, pokornie przyznał się Władek.
- Psia krew Gumowszczyk ! – zaklął. Określenie „Gumowszczyk” ojciec złośliwie używał, bo mamusia była z domu Gumowskich, a jej ojciec do łagodnie usposobionych nie należał.
- No i za coś ty go tak sponiewierał?
- No bo on spotkał mnie w lesie i chciał mi odebrać dubeltówkę – tłumaczył się Władek / Anikin pełnił funkcję objazdowego /
- A ty skąd miałeś strzelbę i do czego strzelałeś ?
- Pożyczyłem od pana Majera i strzelałem do cietrzewia – mówił.
- Ale dlaczego pobiłeś dozorcę lasu, i to tak, że leży w łóżku ? Ilu was tam było? 
- Sam byłem ojcze – odpowiedział Władek.
- Co, w pojedynkę dałeś rady Anikinowi ? 
- On mnie zaatakował pierwszy, a ja się broniłem. Wowka nie tylko zamierzał zabrać mi dubeltówkę, ale i tyłek pejczem zrąbać. Tylko, że zamiast on mnie, ja jemu dałem nauczkę – wyjaśnił niedoszły strzelec.
- Jak śmiałeś smarkaczu ! Musisz niezwłocznie przeprosić go i na przyszłość nie robić mi wstydu, napominam cię po raz ostatni . 
Jakie były te przeprosiny, nikt nigdy nie sprawdził, ale Władek, w dalszym ciągu, nie posiadając karty łowieckiej, ubite cietrzewie z lasu przynosił i nikt ze służby leśnej nie odważył się nielegalnie polującemu odebrać strzelby.
Rogata dusza tego młodzieńca, uwidoczniła się także w sporcie. Często bywałem w klubie hutnika, aby przyjrzeć się trenującym boks. Jako amator tej dyscypliny, przychodził tutaj poćwiczyć pewien żołnierz KOP-u. Żołnierz ten wobec naszych początkujących bokserów demonstrował nieprzeciętne umiejętności i jak się okazało, był on nawet w tej dyscyplinie zaliczany do czołówki Śląska. Niejednokrotnie przyglądając się jego wyczynom, w których z łatwością pokonywał wyróżniających się w tej dyscyplinie Błaszczukiewicza i Adamczyka, byłem zaskoczony zgłoszeniem się Władka do takiej próby. Chciałem powstrzymać brata od tego nierozważnego kroku, przestrzegałem, że ten żołnierz to przecież rutynowany spec. Zbije ci pysk – uprzedzałem. Na kogo porywasz się, przecież widziałeś jak uraczył Adamczyka ! Moje uwagi nie poskutkowały jednak, Władek wystąpił. Może to i lepiej – pomyślałem, dostanie nauczkę. Tymczasem, jak wynikało z pierwszej wymiany ciosów, Władek, chociaż wątły nastolatek, robił zgrabne uniki i często odparowywał ciosy masywnej sylwetki doświadczonego boksera. Po kolejnej takiej obronie dostrzegłem udany atak i Władkowi udało się zadać cios przeciwnikowi, za chwilę drugi. Żołnierz będąc jednak pewny swojej przewagi zaatakował, lecz jego cios trafił w próżnię, a uzbrojona rękawicą pięść Władka znów znalazła się na szczęce przeciwnika. Oklaski na sali były uznaniem, które ubodło rutyniarza, więc zdwoił atak. Władek jak gdyby spodziewał się ciosu, zrobił unik i korzystają z wysiłku przeciwnika uderzył prostym, a następny silny cios sierpowy umieszczony na odsłoniętej szczęce, spowodował upadek żołnierza na kolano. Znów oklaski. Teraz przewaga była już tak wyraźna, że nasz młodzieniaszek raz za razem wymierzał ciosy. Po przerwie, przeciwnik sam uznał się za pokonanego. Tak oto Władek zdobywał sobie respekt środowiska, z którym później liczyła się także policja ukraińska. Nikt bowiem z funkcjonariuszy rekrutujących się z młodzieży przyległej wioski, nigdy nie odważył się wchodzić w drogę Władkowi. Nie mniejszym respektem , tak w Rokitnie jak i okolicy, cieszył się mój brat Jan /ps. „Sokół" / pełniący w konspiracji trudne obowiązki szefa wywiadu wojskowego. Jego praca zawodowa jako zaopatrzeniowca żywnościowego, była powodem częstego wyjazdu do Sarn i pełnienia przy tej okazji ważnej funkcji konspiracyjnej, jako doręczyciela tajnej korespondencji. Czynność bowiem łącznika między Ośrodkiem Staw /Sarny/ a odcinkiem Rostów /Rokitno/ wymagała szczególnej czujności i nieprzeciętnych zdolności wykonawcy, bo to właśnie przez Sarny a nie przez bliski Kostopol, kierowana była tajna korespondencja z Okręgu „Łan” w Łucku do O/P kpt. „Wujka”, będącego na postoju w Starej Hucie, w gminie Ludwipol. Takie postępowanie władz konspiracyjnych świadczyło o właściwej organizacji i skutecznym działaniu Odcinka Rostów. W związku z ważnością połączenia kontaktowego drogą okrężną, napominałem „Sokoła” o potrzebie zachowania szczególnej ostrożności, oraz ewentualnego zabezpieczenia się przed wsypą. Janek odpowiadając mi uspakajał. Policja ukraińska nie odważy się mnie tknąć, a gdyby któryś z tajniaków „SD” dopuścił się zrewidowania mnie, to niczego nie znajdzie, ale źle na tym wyjdzie – zapewniał. 
Jednak nie wszystkich hutników otaczał podobny respekt i nie wszystkich bała się zaczepiać policja. W stosunku do niektórych kontrole były bardziej gorliwe. Taką ofiarą przypadkowo stał się znany nam woźnica Stryczek ze swoją żoną. Wraz z małżonką spędzał z pastwiska swoje konie i na tej czynności przychwyciła go patrol policyjna. Stryczkowie zostali zatrzymani, bo wykonywali tą czynność w czasie godzin policyjnych. Woźnica tłumaczył się, że ma pilną robotę i musi wcześniej dysponować zaprzęgiem.
Co mnie obchodzi wasza robota – przerwał policjant i praktykowanym zwyczajem wszczął rewizję u zatrzymanego. A może wy do partyzantów chodzili, albo od nich wracacie i ... w tym czasie wyjął z kieszeni rewidowanego pistolet.
Można sobie wyobrazić zadowolenie policyjnych kacyków z tak świetnego wyniku służby patrolowej. Zatrzymanych prowadzono przez kolonię robotniczą i miasteczko, a widzowie natychmiast powiadomili mnie o przykrości jaka spotkała obydwoje małżonków. Początkowo nie dawałem wiary, aby podobny incydent mógł mieć miejsce, ale zaniepokoiło mnie zachowanie Ukraińców. Policja demonstrując sukces głośno wyrażała opinię, że jeżeli taki staruch jak Stryczek był w posiadaniu pistoletu, to u tych młodych hutników znaleziono by ze dwadzieścia automatów – twierdził komendant Wakuła. Taki entuzjazm wrogów i zapowiedź rewizji, była dla hutników ostrzeżeniem, a ja rozmyślałem o posiadanym przez Stryczka pistolecie, o którym nic nie wiedziałem. Należało szybko działać, i zapobiec nieszczęściu, ale jak, skoro przestępstwo zostało udowodnione ? W pierwszej kolejności po przyjściu do biura, zatelefonowałem na żandarmerię. Odezwała się Lindówna. W krótkich słowach potwierdziła ona fakt aresztowania obojga Stryczków i znalezienia przy rewizji pistoletu siódemki z dwoma magazynkami naboi.
Co można zrobić w obronie aresztowanych i jak zapobiec zapowiadanym rewizjom u hutników ? –zapytałem. 
Na razie należy czekać na Sokolowskiego. Tylko on jest w stanie coś tutaj zrobić – powiedziała Lindówna.
Wobec ujawnienia przestępstwa, sprawa przedstawiała się okropnie, poruszyła wszystkich hutników i całe miasteczko. Przykra wiadomość lotem błyskawicy rozniosła się wśród mieszkańców i zatrwożyła aktywistów. Mnie czyniono wymówki, że nic nie wiedziałem o posiadanej przez woźnicę broni. Próbowałem zasięgnąć języka w rozmowie z Jaworskim, ale on nic konkretnego jeszcze nie wiedział. W tej atmosferze niepewności, czas biegł jakoś powoli, w ogromnym napięciu. O godz. 14,20 zadzwonił telefon. Szybko podniosłem słuchawkę. Telefonowała Lindówna oznajmiając, że Stryczków uniewinniono. Początkowo sam sobie nie dowierzałem, ale na moje pytanie tłumaczka odpowiedziała, że najlepiej wyjaśni to sam pan Stryczek, którego zobowiązała, aby mnie niezwłocznie odwiedził. Zanim zdążyłem jej podziękować, odłożyła słuchawkę, tłumacząc się brakiem czasu. Tymczasem zapowiadany pan Stryczek wszedł do biura.
- Co z panem się działo ? – zapytałem. Czy to wszystko, o czym powiadomiła mnie Lindówna jest prawdą ?
- Tak jest – odpowiedział Stryczek. Ona skierowała mnie do pana, abym sam opowiedział wszystko. Moja obrona nie była zła, bo panu szefowi żandarmerii powiedziałem, że pistolet nie jest moją własnością, tylko mojego zięcia, który idąc na wojnę jako podoficer zawodowy, broni tej nie zdążył zabrać. Nie wiedziałem, że pistolet leży w szufladce biurka. Znalazłem go dopiero dzisiaj, kiedy szukałem tytoniu idąc na łąkę po konie...
- Należało zaraz po znalezieniu – przerwał Sokolowski – broń oddać do żandarmerii, a nie czekać, aby ją znaleziono.
- Właśnie to już robiłem i pistolet wraz z nabojami włożyłem do kieszeni i nakazałem żonie iść ze sobą. Konie miała ona zaprowadzić do stajni, a ja znaleziony pistolet chciałem odnieść na żąndarmerię. Przypadek zrządził, że policja przychwyciła mnie, bo w tym czasie obowiązywała jeszcze godzina policyjna, o czym ja wtedy zupełnie zapomniałem – tłumaczył Stryczek.
Na tym pan szef żandarmerii przesłuchanie przerwał, a ja powędrowałem do aresztu. Długo czekałem, widziałem tylko, że pan szef w mojej sprawie, długo rozmawiał telefonicznie. Po obiedzie pan Sokołowski wezwał mnie i oznajmił, że złożone zeznanie nie odpowiada wymogom obowiązującego protokółu i należy je napisać inaczej, po czym dyktował:
…Woźnica Stryczek na 25 minut przed upływem godziny policyjnej, zabierał z przyległej do jego domu łąki swoje konie, aby użyć je do bieżących robót w miasteczku. W celu odstraszenia bandytów jakie w obecnym czasie zwykli napadać na bezbronną ludność polską, woźnica brał ze sobą pistolet siódemkę, będący własnością jego nieobecnego zięcia. Pistolet znaleziony podczas zatrzymania woźnicy, nie był kompletny, brakowało mu części zamku. Służył zatrzymanemu tylko do odstraszania bandytów, a strzału z niego oddać nie był w stanie. Zatrzymany został razem z żoną , która bojąc się pozostać w domu sama, wychodziła zawsze razem z mężem. Po podpisaniu tego zeznania , pan szef oznajmił mi ,że jestem wolny. No i jak pan widzi policji ukraińskiej nie udało się, bo teraz ja śmieję się z ich pogróżek – powiedział pan Stryczek.

Nie spodziewałem się pańskiego uniewinnienia. Najbardziej jednak ciekawi mnie ta broń, o której nic nie wiedziałem, czy rzeczywiście pistolet nie nadawał się do użycia ? – zapytałem.
- Pistolet mój jest zupełnie sprawny, a że pan o nim nic nie wiedział, to wyłącznie moja sprawa. Jestem starym żołnierzem i strzelam dobrze z broni krótkiej. Uważam, że w razie potrzeby dałbym z tego pistoletu lepsze usługi niż kto inny – wyznał pan Stryczek. 
Tak postawiona sprawa Stryczków, uspokoiła całe miasteczko za wyjątkiem ukraińskiej policji, gdyż każdy gwałt zadawany Polakom, był u nich wymiarem „sprawiedliwości” OUN-owskich sprzymierzeńców. W tym czasie bowiem, byliśmy alarmowani zarąbaniem w Kisoryczach szewca Wójcika, jego żony i ciężarnej synowej, oraz Franciszka Marzeckiego z żoną, jako smolarza na chutorze pod Wilczą Górką. W stosunku do sprawców policja ukraińska ustosunkowywała się zawsze z uznaniem. Rażącym dla niej był fakt uniewinnienia od winy obojga Stryczków. Największym przeciwnikiem łagodnego stosunku do Polaków, był sam komendant policji Piotr Wakuła. Pałając nienawiścią do wszystkiego co polskie, nakazał swoim podwładnym, aby w odniesieniu do hutników stosowali nadzwyczajne środki czujności. Toteż jego gorliwość wkrótce została wystawiona na próbę, której pierwszą ofiarą miał być Bogdan. Oto co on zameldował o incydencie, jaki w związku z tym był jego udziałem. Tak się złożyło, że nasza Matka trudniąca się ziołolecznictwem, pilnie potrzebowała pewnego gatunku tego surowca, więc jego uzbieranie i dostarczenie zleciła Bogdanowi. Po ten gatunek ziół, trzeba było koniecznie udać się na wieś. Bogdan przechodząc obok posterunku żandarmerii przypadkowo spotkał Gryszkę Pryta jadącego na rowerze, więc zatrzymał go – prosząc: poratuj mnie, bo to bardzo pilna sprawa życia lub śmierci. Potrzebne jest ziele na lekarstwo, muszę je uzbierać jak najprędzej, pożycz mi na pół godziny swojego roweru. Gryszka popatrzył na niego znacząco i rzekł: ja ci pożyczę, ale uważaj, bo może spotkać cię nieprzyjemność.
Nie obawiaj się o mnie odrzekł i nacisnął pedały. W dobrze znanym miejscu na wsi, ziele znalazł i z napełnioną torbą, skierował się w drogę powrotną. Po chwili na jego drodze, jak spod ziemi wyrósł policjant i dał znak do zatrzymania się. 
- O co się rozchodzi ? zapytał Bogdan. 
- Wiesz przecież, że nie wolno używać roweru cywilnym osobom !
- Wiem, ale to nie jest mój rower....
- Mniejsza o to czyj – przerwał policjant. Do partyzantów jeździłeś 
co? – pytał z przekąsem. 
- Nie, widzisz przecież, że wiozę ziele lecznicze, które jest pilnie potrzebne dla chorego i dlatego posłużyłem się rowerem ....
- Nie oszukasz mnie - przerwał policjant. Prowadź rower na posterunek.
- Dobrze, dobrze, poprowadzę, bo ja go tam właśnie pożyczyłem.
- Stój ! – krzyknął policjant. Prowadź na wieś ! – rozkazał.
- Ten rower jest pożyczony na posterunku żandarmerii w mieście i tam go muszę dostarczyć .... na wieś nie poprowadzę, bo wiem co mnie tam czeka ...
- To dobrze, że wiesz – przerwał – bo ja ci mogę jeszcze dołożyć do tego co wiesz. Mam cię i nie uda ci się sztuczka, ty „lasze sczerwo”, ja z ciebie kiszki wypruję - pienił się policjant.
- Ty mnie masz, ale ja nie pójdę ! – sprzeciwiłem się stanowczo i wtedy Ukrainiec przyłożył mnie pistolet do skroni i powiedział : 
- A teraz pójdziesz ? – zapytał. 
- A to skąd u ciebie taka nienawiść ? – zapytał Bogdan. To pewno za to, że moja Matka uratowała życie twojemu dziecku i wyleczyła, kiedy lekarz był bezradny, za to, że twoją żonę także wyleczyła, a tobie skręconą nogę naprawiła ? To taka jest twoja wdzięczność i twoje ukraińskie sumienie nakazuje ci lasze kiszki wypruwać, za co ?
- Nie agituj mnie ! – krzyknął. Prowadź tam gdzie ci kazałem !
- Nie pójdę – odpowiedział Bogdan zauważywszy, że jego odwołanie się do sumienia nieco ostudziło zaciekłość. Ukrainiec przełożył pistolet z prawej w lewą rękę i chwyciwszy go za kołnierz – usiłował prowadzić. Chcąc udaremnić ten zamiar, Bogdan raptownie uskoczył w bok, a policjant wymierzył mu cios w twarz. Wykorzystując jego atak prawą odbił jego lewicę z pistoletem, a lewą z całej siły zadał zamachowego w słabiznę. Ukrainiec tylko jęknął, bo ten niezawodny i silny cios pozbawił go oddechu. Wypuszczając z lewej pistolet, stworzył wygodną pozycję do ataku, wtedy prawy sierpowy z trzaskiem wylądował na jego szczęce, a policjant jak długi runął na ziemię. Po pewnym czasie kiedy wracała mu przytomność, usiłował sięgnąć po pistolet leżący obok. Aby mu udaremnić ten zamiar, Bogdan nadepnął na wysuniętą rękę i dał kopniaka w pysk., rewolwer cisnął za płot i szybko odjechał rowerem do miasta.
Zawiózł uzbierane zioła do matki i udał się na posterunek żandarmerii, gdzie w obecności szefa Sokolowskiego, zwrócił pożyczony rower. Wracając do domu pod wrażeniem nieprzyjemnego zajścia sądził, że Ukrainiec wstydząc się porażki przemilczy wydarzenie i zaniecha składania meldunków służbowych. Stało się jednak inaczej, bo został aresztowany tuż przed domem i odprowadzony na posterunek policji. Służbę dyżurnego pełnił wówczas Gryszka Pryt, opowiadał Bogdan. Zwróciłem się do niego z prośbą aby, o moim aresztowaniu zawiadomił żonę. Spełnił ją i po godzinie miałem w areszcie wszystko, o co przy tej okazji prosiłem. W kieszeni kożuszka znalazłem sodę, którą w razie przewagi fizycznej, posłużenie się nią mogło okazać się zbawienne. Zauważyłem, że po zdaniu służby przez Pryta i przekazywaniu kluczy od aresztu, poszkodowany Ukrainiec z potłuczonym pyskiem, miał zamiar wejść do celi, ale jakoś zabrakło mu odwagi, a mnie okazji do ucieczki. Wieczorem po zmianie wart, komendant Wakuła z kilkoma nieznajomymi policjantami nagle zjawił się na wartowni. Nakazał pozamykanie drzwi i okien, a otworzywszy celę, polecił mi wyjść i stanąć na środku wartowni. Kiedy to wykonałem, czterech rosłych Ukraińców otoczyło mnie. Wiedziałem że zamierzają dotkliwie pobić, a ja nie mam żadnych szans obrony. Zdawałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa, bo wiedziałem, że od tego zbrodniarza Wakuły, nikt zdrowy nie wychodzi. Trzymałem rękę w kieszeni i dłonią nabrałem garść sody z myślą, że przynajmniej Wakułę zdołam oślepić, a jak by udało się – chwycę karabin ze stojaka.
- Nie podoba się panu Dytkowskiemu ukraińska policja co ? zapytał Wakuła, przerywając moje desperackie rozmyślania o obronie.
- Mnie każda władza podoba się, ale – wskazując na poszkodowanego – ten funkcjonariusz był w stanie nietrzeźwym. Bezpodstawnie zaczepił mnie i pobił – powiedziałem. 
- To kłamstwo! – wrzasnął Wakuła. Ja przed zajściem z tym policjantem rozmawiałem i stwierdzam, że był trzeźwy. 
Teraz Wakuła upuścił wodze wulgarnej wymowie w języku ukraińskim i nieartykułowanymi słowami rzucał obelgi na wszystkich Dytkowskich. Pieniąc się ze złości wraz z pozostałymi czaił się, aby na dany znak – rzucić się na mnie i obezwładnić. W tej wydawałoby się krytycznej chwili, dało się słyszeć głośne kołatanie do drzwi. Wakuła przerywając trwożnie swój zjadliwy dialog, nakazał otwarcie drzwi, a na wartownię wszedł niemiecki żandarm, który obrzuciwszy groźnym spojrzeniem Wakułę i policjantów – zapytał co się tu dzieje.
- Kto to jest ? – od razu wskazał na mnie.
- To jest aresztowany – odpowiedział Wakuła.
- To co on tu robi ? – marsz z nim do celi – szorstko rozkazał.

Jednak mam szczęście – pomyślałem siadając na pryczy – bo pomoc nadeszła niespodzianie. Słyszałem jak żandarm głośno łajał policjantów za różne niedociągnięcia służbowe i w końcu powiedział, że na tej wartowni śmierdzi samogonem, rozkazał postawić kozetkę na korytarzu pod drzwiami mojej celi i powiedział, że tu będzie spać. Ma tu być cicho, a podłożywszy sobie podgłówek i koc, ułożył się do spania. Taki obrót sprawy, poprawił mi humor i podścieliwszy sobie kożuszek – ułożyłem się na zasłużony odpoczynek. Sen jednak nie przychodził, a świadomość skutków wydarzeń nakazywała obmyślać obronę, bo zarzuty bądź co bądź będą ciężkie. Noc minęła spokojnie, a o godzinie 9,00 Wakuła zaprowadził mnie do pana Sokolowskiego. 
- Szef żandarmerii wydał mi się bardzo zdenerwowany. 
- Jak mogliście posunąć się do tak ciężkiego przestępstwa i pobić niemieckiego policjanta ! – zagaił przesłuchanie podniesionym głosem Sokolowski. 
- Panie szefie, ja jego nie pobiłem tylko on mnie – odpowiedziałem spokojnie.
- Jak to nie, przecież on ma widoczne ślady pobicia – odpowiedział Sokolowski.
- Policjant był pijany i bił mnie po twarzy, a ja się broniłem. Te ślady sam sobie porobił, to normalne w takim stanie zamroczenia alkoholem.
Po tych wyjaśnieniach szef uspokoił się i chodząc w jedną i drugą stronę, po chwili powiedział: trudno, teraz jest wojna i za podobne wybryki nie poszanowania władzy, oraz pijaństwo podczas służby, czeka was obydwu sąd polowy! Po chwili – ciągle chodząc po sali – dodał łagodniej. Wysokość kary będzie zależeć od was samych. Czy chcecie, aby sprawę skierować pod sąd polowy, czy zgadzacie się, abym ja sam rozpatrzył ją na miejscu ? – postawił pytanie szef Sokolowski.
Jednogłośnie zgodziliśmy się obydwaj, aby sprawa nasza została rozpatrzona na miejscu, przez pana szefa.
Wobec tego musicie się przeprosić – rzekł pan Sokolowski – i ruchem ręki dał znak, od policjanta do mnie. Ukrainiec niechętnie zbliżył się do mnie i podając rękę zgrzytnął zębami, a ja przyjmującego prawicę także zgrzytnąłem i obydwaj stanęliśmy przed biurkiem, za którym siedział szef żandarmerii. Widzę, że przykro wam - rzekł z perswazją – ale to jest jedyny ratunek przed śmiercią. Przesłuchując nas pracowicie spisał dwa arkusze podaniowego papieru. Potem zwracając się do mnie – Powiedział: za to, że dopuściliście się pobicia niemieckiego policjanta , zapłacicie 300 rubli grzywny. Suma ta musi być wpłacona w ciągu trzech dni! – zrozumiano ?
- Tak jest, zrozumiałem pana, ale ja miesięcznie zarabiam tylko 180 rubli, więc prosiłbym o rozłożenie na raty tej sumy.
- To jest kara i nie może być rozkładana na raty. Uprzedzam – mówił Sokolowski – że jeżeli nie zostanie wpłacona w terminie, to na czwarty dzień wzrośnie do 1 000, a na piąty do 5 000 rubli – czy zrozumieliście ?
- Tak jest panie szefie – zrozumiałem – rzekłem zrezygnowany.
- No to dobrze, żeście zrozumieli. Sprawa skończona – rzekł, kazał policjantowi opuścić pomieszczenie i udać się do swoich zajęć, a upewniwszy się, że Ukrainiec już wyszedł, Sokolowski zbliżył się do mnie i podając mi rękę rzekł: te 300 rubli kary może pan nie płacić, Ja ją wymierzyłem po to, aby policjanci słyszeli, że pan został ukarany, a teraz pytanie prywatne: czy dobrze pan zbił pysk temu draniowi?
- Ja go nie zbiłem panie komendancie – zaprzeczyłem.
- Jak to, a te ślady na pysku ? – zapytał.
- To on sam tak się sponiewierał, ja się tylko broniłem .....
- No, no – przerwał Sokolowski – widzę, że pan jest ostrożny, ale nauczka była porządna. Tak czy inaczej, ma pan sprawę zakończoną dobrze i jest pan wolny. Tylko, dlaczego nie chce pan powiedzieć, jak przebiegało to mordobicie. 
- Było takie jakie było panie komendancie. Przede wszystkim, bardzo panu dziękuję za przyjście mi z pomocą, bo inaczej to mordobicie mogło mieć inny finał. Dziękuję za „srogi” wymiar kary i proszę mi prywatnie wybaczyć mój zawadiacki wybryk, bo to już tak jest panie szefie, że my Polacy na ogół posiadamy rogate dusze. 
Na drugi dzień rano zjawił się u mnie agronom Busz. Tutaj muszę wyjaśnić, że ten pan agronom, z szefem żandarmerii pozostawał w dobrej komitywie i przyjacielskich stosunkach, gdyż Sokolowski starał się o względy jego córki i w domu państwa Buszów bywał częstym gościem.
Przysłał mnie tu szef Sokolowski – oznajmił Busz. Interesuje go bardzo, w jaki sposób dał pan radę temu zadziornemu i uzbrojonemu Ukraińcowi, który pozwolił sobie tak mocno zbić mordę. Pan przecież szefowi nie wyznał prawdy i na jego pytanie odpowiadał bardzo ostrożnie i wymijająco. Uważam, że mnie pan się nie obawia i może powiedzieć prawdę, bo mnie osobiście, mniej interesuje ta sprawa – mówił pan Busz. Pan przecież wie, że szef zamierza mnie wypróbować, więc demonstrowałem rozmyślnie swoją nieugiętość w urzędowym zeznaniach, skoro jednak chce znać prawdę o zajściu to jest ona następująca. Tu opowiedziałem panu Buszowi wszystko od początku awantury, z dokładnym opisem ruchów przeciwnika, oraz zastosowania skutecznych ciosów bokserskich, które ostatecznie przyniosły widoczny na gębie policjanta rezultat. Pan Busz wysłuchał mnie uważnie, podziwiał i dziękował w swoim i pana Sokolowskiego imieniu, za znakomite wyczyny i dostarczenie przyjemnego tematu do towarzyskich pogawędek z komendantem Sokolowskim. Muszę panu zdradzić – mówił pan Busz – że szef wysoko ocenił nie tylko dzielną obronę, przed złośliwym Ukraińcem, ale i rzeczową argumentację podczas przesłuchania. Zdobył pan sobie uznanie i zaufanie szefa, a „dobrodijów” upokorzył, za co i ja osobiście bardzo panu dziękuję – na odchodne powiedział pan Busz.
Jaką karę wymierzył szef żandarmerii poszkodowanemu policjantowi – pozostało tajemnicą służbową. Przypuszcza się jednak, że była przykładna, bo od tego czasu, Ukraińcy zaprzestali deptać nam po piętach, prowokować Polaków w mieście i zadzierać z hutnikami, a braci Dytkowskich, chociaż ze zgrzytem zębów – omijali z daleka. Taki stan rzeczy poniekąd ułatwiał nam pracę konspiracyjną. Czujność należało utrzymywać jednak nadal bo jak informował kolega Jaworski, doniesienia o współpracy Polaków z partyzantką radziecką trwały nadal.

25. Z ODDZIAŁEM PARTYZANCKIM AK kpt. WUJKA

Organizujący się O/P kpt. Wujka, miał teraz swoje miejsce stałego postoju w lesie, obok polskiej wioski Stara Huta w gminie Ludwipol, powiat Kostopolski. Komenda Okręgu , mająca swoją siedzibę w Łucku, z uwagi na dobrą łączność, wszelką korespondencję i zaopatrzenie do tej jednostki, kierowała przez Ośrodek Staw i Ośrodek Rostów. Wybór tej okrężnej, dłuższej i ciężkiej drogi, prowadzącej m. in. przez 60 km odcinek leśny, był wskazany, w celu pominięcia bliskiego, ale komunikacyjnie bardziej niebezpiecznego Kostopola. Dla zachowania dobrych warunków transportu, zaopatrzenia i poczty przez Rokitno do miejsca postoju O/P Wujka, powołano specjalną jednostkę przekaźnikową z miejscem stałego postoju we wsi Rudnia Lwa, zakonspirowaną pod nazwą „Średniak”. Nowo powołana jednostka początkowo liczyła 17 zbrojnych i była dowodzona przez ppor. rez. Zenona Blachowskiego ps. „Strzemię”. Jego zastępcą, był znany nam już Tadeusz Kuphal ps. „Gustaw”. Placówka ta, z uwagi na swe położenie nad rzeką Lwą, w odległości 10 km od Rokitna między polskimi wioskami, Aleksandrówką od wschodu i Staryk od północy, stanowiła dogodny i dość bezpieczny punkt kontaktowy z Odcinkiem Rostów. Współpraca z placówką na Średniaku, układała się dobrze, a ppor. Strzemię informując o potrzebach organizującego się oddziału w Starej Hucie a także swojej placówki, stawiał coraz wyższe wymagania żądając przyśpieszenia dostaw broni, amunicji, umundurowania i obuwia skórzanego, ciepłych wdzianek i bielizny, lekarstw i środków opatrunkowych, a nade wszystko mydła i proszku „de-te” do walki z wszawicą, oraz soli kuchennej, bez której partyzanci zapadają na szkorbut. 
Ppor. Strzemię nie liczył, aby zgłoszone zapotrzebowanie zostało w pełni zrealizowane. Toteż po otrzymaniu pierwszych dostaw, był zdziwiony i zakłopotany nie bez powodów. Transport zawierał: dwie skrzynki amunicji do kbk, dwie skrzynki granatów ręcznych, jeden polowy komplet lekarstw niemieckich i środków opatrunkowych, dwa 75 kg worki sody amoniakalnej C2 do prania bielizny i odwszenia odzieży, oraz jeden 50 kg worek soli kuchennej. Amunicję granaty i lekarstwa miałem już od dawna przygotowane. Sól kuchenną otrzymałem od kol. „Korybuta”, a sodę amoniakalną „zorganizowałem” z własnego magazynu w hucie. Tak więc pierwsza realizacja zapotrzebowania, nie sprawiała specjalnych trudności, byliśmy bowiem w stanie zaspokoić takie potrzeby we własnym zakresie, nie uciekając się do pomocy władzy zwierzchniej. Jak się okazało, dla ludzi lasu dostarczone artykuły miały ogromną wartość, a ppor. Strzemię nie odważył się całą partię dostaw przetransportować jednorazowo. Zażądał wzmocnienia konwoju, i przydziału na stałe jednego parokonnego zaprzęgu. Dalsze dostawy realizowano również bez zakłóceń z tym, że na zaopatrzenie w wodę amoniakalną z zapasów fabrycznych musiałem wyczekiwać okazji służbowego wyjazdu dyrektora huty do Sarn. Mój furman kol. Stefan Stańczak ps. „Perehuda” wiedział z góry, że nieobecność Ankiersteina jest wyczekiwanym okresem wywożenia z terenu huty sody amoniakalnej. Toteż kiedy dzienna zmiana robotników opuściła teren huty, na moje polecenie Perehuda podjeżdżał pod magazyn. Ładowaliśmy zazwyczaj dwa worki po 75 kg sody na wyścielony słomą wóz, dobrze je zakrywając i konie ruszały z kopyta. Pozostawałem wtedy na placu wsłuchany w miarowy turkot wozu zdążającego na punkt przesyłek leśnych, który mieścił się w domu Bogdana przy ulicy Kwiatowej, na terenie nowego miasteczka. Ciągłość stuku kół po kamiennej jezdni świadczył, że wóz przejechał nie zatrzymany przez gorliwych służbistów ukraińskich i bez przeszkód dotarł do celu. Zaopatrzenie lasu było tak zorganizowane, że wóz Perehudy był ubezpieczony na swej trasie przejazdu przez moich ludzi, a przewożony towar był natychmiast przeładowywany na wóz oczekujący, który niezwłocznie odjeżdżał w kierunku na Średniak. Aby upewnić się o sprawnym przebiegu dostaw i skierowaniu transportu do lasu, zawsze czekałem na powrót wozu i obliczałem czas potrzebny na dojazd wozu i przerwę w jego turkocie po jezdni. Jeżeli moje wyliczenie zgadzało się z przerwą, byłem wtedy pewny, że dostawa przebiegła bez zakłóceń. Turkot wracającego wozu zbliżał się i kiedy wjechał na plac huty, Perehuda wiedział, że ma obowiązek zwrócenia się twarzą w moim kierunku i kiwnięcia głową, co oznaczało, że wszystko odbyło się w nakazanym porządku. Należało wówczas powstały ubytek w magazynie, wyrównać zużyciem na potrzeby huty. Kiedy jednak podsunąłem do podpisu wygórowany rozchód sody, pan Kruszko zwrócił uwagę, że tego zużycia nie było. 
Niech pan podpisze panie hutmistrzu – szepnąłem panu Kruszce – bo tu są ujęte potrzeby lasu. Od tego czasu hutmistrz bez sprzeciwu podpisywał każdą podawaną przeze mnie ilość i zużycie uzasadniał potrzebami produkcji. Przysłowiowy wilk był syty i koza cała. Podobnie rzecz miała się w stosunkach z kol. Korybutem odnośnie zużycia soli. Wysłaliśmy do lasu kilka 50 kg worków, a kolega musiał jakoś uzasadnić w dokumentach rozliczeniowych piekarni rozchód takiej ilości. Zaspakajanie potrzeb związanych z utrzymaniem czystości i zdrowotności w warunkach leśnego koczowania, było zadaniem niezmiernie ważnym, gdyż dawało gwarancję sprawności bojowej wojska. Dostarczanie soli kuchennej i środków piorących, ratowało żołnierzy przed szkorbutem i epidemią tyfusu.
Dalsze zaopatrywanie ludzi lasu, zorganizowałem zbieraniem u osób zaufanych ciepłej odzieży, skórzanego obuwia, bielizny i sortów mundurowych. To zadanie wykonywała ekipa kobieca, natomiast Dęboróg został obciążony dodatkowo obowiązkiem utrzymywania kontaktu z jednostką policji kwaterującej na placu Piłsudskiego, w podziemnym bunkrze wraz z Niemcami, oraz w miarę możności przejmowania od nich amunicji i granatów. Zbiórka tych przedmiotów od granatowych w tym czasie była znaczna, bo Niemcy przerażeni niepowodzeniami, zaniechali kontroli pobieranej i zużywanej amunicji. Było to drugie, po warcie huty, liczące się źródło zaopatrywania w środki bojowe. Potrzebował ich dużo kpt. Wujek a jeszcze więcej ppor. Strzemię, stale powiększający stan liczebny placówki. Uzupełnieniem tych obowiązkowych dostaw, były lekarstwa i środki opatrunkowe. „Organizowanie” tych przedmiotów w pokaźnej ilości dokonywały pracownice niemieckiej apteki wojskowej. Były nimi dwie nasze członkinie : panna Irena Niedbałówna i Irena Mingałłówna. Te dziewczęta nie tylko zdobywały gotowe lekarstwa. Niedbałówna umiała wykonywać jodynę z dostarczonego spirytusu samogonowego. Ponadto za dobry samogon i paprykowaną słoninę, udawało się niekiedy wymienić u Węgrów automat, a u Ślązaków z Organizacji Tood, jakąś sztukę kbk i granaty.
Tak zorganizowane służby i ich praca zaopatrzeniowa dla potrzeb leśnego wojska, ważyły coraz bardziej na efektach partyzanckiej walki zbrojnej. Sprawność funkcjonowania łączności na moim odcinku, była powodem kierowania przez Rokitno nie tylko urzędowej poczty władz zwierzchnich Okręgu, ale i ochotników do służby w jednostkach leśnych, a także paczek żywnościowych i odzieżowych dla poszczególnych żołnierzy. Transport przesyłek na Średniak, niejednokrotnie przeciążał ładunkiem parokonny wóz i sprawiał wiele kłopotu z zabezpieczeniem przed dekonspiracją, tym bardziej, że ppor. Strzemię wóz po dostawy przesyłał za wcześnie i najczęściej załadowany mięsem wołowym i baraniną. Ładunek taki był rekompensatą za dary – dla członków i sympatyków naszej organizacji. 
Podział i rozprowadzenie partyzanckich wyrównań z lasu, nie był łatwy i bezpieczny, ale bez wątpienia stanowił podnietę i zachętę do dalszych wysiłków. O każdorazowym odbiorze poczty i przesyłek z Ośrodka, a także o ewentualnym przekazywaniu ludzi, byłem natychmiast powiadamiany przez dyżurnego łącznika. Z każdym ochotnikiem oczekującym na przerzut do lasu, osobiście przeprowadzałem rozmowy na punkcie zebrań. Pewnego razu badając przekazywanego tą drogą ochotnika z Sarn, czułem bliżej nie określony niepokój, co do szczerości zamiarów kandydata, ale skierowanie Jana Niteckiego / bo tak się nazywał / oficjalnie nie budziło żadnych zastrzeżeń i jak wynikało z zaszyfrowanych znaków, był już on poddawany przesłuchaniu przez Kobusa. Nie mając podstawy odmowy, swoje odczucia nieufności kwalifikowałem jako przewrażliwienie na punkcie ostrożności. Niteckiego przekazałem do lasu, jednak na okres próbny, do służby na Średniaku. Po dwóch tygodniach otrzymałem meldunek od ppor. Strzemię, że Nitecki zdezerterował. Natychmiast zawiadomiłem Kobusa o niebezpieczeństwie jakie może pojawić się w wyniku takiej dezercji. Odwrotną pocztą zostałem uspokojony co do lojalności Niteckiego, ale fakt dezercji pozostał tajemnicą do wyjaśnienia. Przerzutów ludzi do służby leśnej, było wiele i pomimo utrzymywania tych czynności w ścisłej tajemnicy, Polacy wyczuwali istotę charakteru istniejącej służby wartowniczej huty, a dorastająca młodzież pamiętająca naszego Strzelca i wojsko KOP-u, zdradzała swoją tęsknotę do munduru i broni.
Młodzi chłopcy pamiętali mnie z tamtych czasów, kiedy byłem związany z organizacja strzelecką. Toteż wszędzie, gdzie przypadkowo zetknęli się ze mną na osobności, wymownym wzrokiem ujawniali swoje patriotyczne intencje i tęskno spoglądali za mną. Jeden z nich, nastolatek Stanisław Bagiński, syn hutnika, były uczeń muzyki w orkiestrze 18 baonu KOP w Rokitnik, chodził za mną jak cień, aż pewnego razu odważył się wyznać, że zwraca się do mnie z ogromną prośbą. 
- Słucham cię chłopcze, mów.
- Chciałbym prosić pana o przyjęcie mnie do wojska – wyjaśnił.
- Twoje dobre chęci mój chłopcze chwalą się same, ale mamy już komplet ludzi, a ty zresztą jesteś za młody. Do pełnienia tak niebezpiecznej i odpowiedzialnej służby jaką stanowi warta huty trzeba dojrzeć. 
- Ja tylko wiekiem młody, ale służbą, to jestem już starym żołnierzem. Znam wojsko, bo służyłem w nim i tęsknię za mundurem wojskowym. Moje wyszkolenie może pan sprawdzić – wyjaśnił, ponawiając prośbę młodzieniec.
- Nie zgłaszam się do służby wartowniczej huty – przerwał młody Bagiński - pragnę pełnić obowiązki żołnierza w prawdziwym wojsku polskim…
- O jakim wojsku mówisz ? – zapytałem.
- Mówię o takim w jakim pan służy, ja także chcę w nim być – odpowiedział stanowczo młodzieniec.
- Takie prawdziwe… to Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, ale ja nie kieruję wojskową komendą uzupełnień…
- Wiem o tym proszę pana i dlatego proszę, o skierowanie mnie do… AK.
- A ty skąd wiesz o takiej jednostce ? – zapytałem.
- Wiem, bo jestem starym żołnierzem i pański brat Władysław powiedział mi, abym w tej sprawie zwrócił się do pana.
- Ach tak ...., ale skoro już wiesz, to przestrzegaj tajemnicy, o której na pewno zostałeś pouczony, bo skierowania nie mogę ci dać…jesteś za młody, co powiedzieli by na to twoi rodzice ? Czy zdajesz sobie sprawę chłopaku, na jakie niebezpieczeństwo wystawiasz mnie i całą zakonspirowaną organizację ? Wojsko leśne mój drogi, to nie koszarowa służba, ale nad wyraz ciężka i niebezpieczna harówka, w ścisłej konspiracji, wymagająca dużego poświęcenia i hartu ! Służba w takiej jednostce, jest ponad twoje wątłe siły z uwagi na niepełnoletność i wymaga zezwolenia rodziców. Zrozum także, że ja nie mam również prawa wtajemniczać twoich rodziców w konspiracyjne sprawy wojska !
- Ja to wszystko już przemyślałem i zdaję sobie sprawę z trudności i obowiązków o których pan mówił, ale mam więcej siły niż na to wyglądam i podołam zadaniom. Co do moich rodziców, to może pan być spokojny o zdradę tajemnicy z ich strony, bo oni oboje są takimi patriotami, że za Polskę życie gotowi oddać. Ojciec mój sam powiedział mi, abym szukał drogi do leśnego wojska, bo nie przeżyje, gdyby mnie zabrali Niemcy na przymusowe roboty, a moja Matka będzie się cieszyć, że jestem w lesie i walczę o Polskę!

- Widzę, że posunąłeś się już daleko w swoich przygotowaniach, przekonałeś mnie, czy jesteś gotowy do złożenia przysięgi? Jeśli tak, to chodź ze mną.
Po odebraniu przysięgi w ustronnym magazynie huty, młody ochotnik przybrał pseudonim „Szpak”. Po dwóch dniach umówiłem go na punkcie zbornym z wyposażeniem do służby leśnej, określiłem co może ze sobą zabrać, podałem hasło. Chłopak aż podskoczył z radości, podziękował dwukrotnie i oddalił się zadowolony. Pozostałem ze swoimi myślami i troską o bezpieczeństwo podobnych zapaleńców stanowiących siłę i nadzieję naszej walki. To jest dobry materiał na żołnierza AK – oceniłem wtedy. „Szpak” nie był pierwszym, ani też ostatnim z tych, których tą drogą wcielałem w żywy organizm sił, walczących o wolność Polski!

26. DEFETYZM W ARMII HITLEROWSKIEJ.

Załamywanie się hitlerowskiej machiny wojennej na wszystkich frontach, a na wschodzie w szczególności, po klęsce stalingradzkiej i wzmagającej się stale dywersji na głębokich tyłach armii walczących, było skutkiem defetyzmu spostrzeganego wśród żołnierzy frontowych. W pewnej mierze takie postawy udzielały się Niemcom sprawującym władzę administracyjną na okupowanych terenach. To nie byli już ci sami i tacy sami, zuchwali i butni, pewni siebie i Furera ubermensche. Teraz na tych – dawniej aroganckich twarzach – widać było zwątpienie i zadumę opamiętania, a w rozmowach, co raz częściej słyszało się „wojna niks gut”. 
W związku z takim odczuwaniem klęski, opowiadał mi Janek o ciekawym i zdumiewającym zjawisku defetyzmu i załamania się ducha bojowego, stwierdzonego u żołnierzy frontowych Wermachtu. Jadąc do Sarn – opowiadał Janek – w Rokitnie, udało mu się wsiąść do wojskowego tzw. „urlopzugu” jadącego ze wschodu do Berlina. Jechali w nim sami rekonwalescenci, inwalidzi i ranni, przeważnie z odmrożonymi kończynami. Ci pacjenci szpitali polowych wschodniego frontu, jechali teraz na urlop do Reichu. Jak zrozumiałem, wśród jadących przeważnie znajdowali się potencjalni inwalidzi odmrożeń nabytych pod Stalingradem. 
Przysłuchując się rozmowom tych doświadczonych wojną Niemców, wprost własnym uszom nie dawałem wiary. Klęli oni w żywy kamień „Drang nach Osten”, wojnę jako taką, politykę, a nawet samego Hitlera nie szczędząc najwulgarniejszych obelg i złośliwych porównań. Najbardziej jednak zastanowiło mnie to – mówił Janek – że oficerowie przysłuchując się tym zgorszeniom podwładnych, wcale nie reagowali i przyjmowali poniżanie Furera, Gebelsa i innych nazistowskich osobistości, bez wyrazu oburzenia. Takie objawy zniechęcenia okropnościami wojny z jednej strony, dawały nadzieję na rychłe załamanie się hitlerowskich Niemiec, lecz z drugiej, przyglądając się odwrotowi ich wojsk ze Wschodu, stwierdzało się nadal porządek i dyscyplinę, a nade wszystko, dobrą organizację planowego odwrotu wycofujących się jednostek. Taki dodatni stan wojska, pomimo przegranych bitew, okaleczenia i zdziesiątkowania, oraz dywersji na tyłach, mówił aż nadto, że ta wycofująca się armia, jeszcze przedstawia ogromną siłę, z którą należy się liczyć. Jak dawało się stwierdzić, najdotkliwszy cios jaki ugodził w machinę wojenną Niemiec na wschodzie spowodowany był przez mróz, bezdroża, przestrzeń i działalność dywersyjną na głębokich tyłach walczącej armii. Duże zgrupowania partyzanckie na Polesiu, Wołyniu, Białorusi i w Polsce, oraz nasilona walka pod kryptonimem „bitwa o szyny”, doprowadziły do bezruchu kolei na czas większy niż połowa doby każdego dnia. Transporty kolejowe z zaopatrzeniem dla walczących armii, zostały ograniczone tylko do godzin dziennych i to po uprzednim przeglądzie torów na całej długości tras i usunięciu min założonych w porze nocnej. Takie środki ostrożności, też nie dawały pełnej gwarancji bezpieczeństwa, bo przejrzane tory, były minowane ponownie. Aby zapobiec skutkom wtórnym zaminowań , Niemcy umieszczali na przodzie zestawu, trzy próżne platformy, które przy wybuchu min ulegały zniszczeniu, a parowóz pozostawał nieuszkodzony. Takie zabezpieczenia także nie zdawały egzaminu, bo usuwanie zniszczonych platform i naprawa torów, wstrzymywały ruch i znacznie opóźniały transport, na głównych trasach przewozowych, mimo olbrzymich środków na ich ochronę. Dla zabezpieczenia się przed nowymi zaminowaniami, były budowane specjalne bunkry na zakrętach linii kolejowych, z których ukryci schutzpolizaje, co pewien czas oddawali serię wystrzałów w obydwie strony, aby tym odstraszyć minerów. Jak się okazało i ten sposób ochrony nie dawał pełnej gwarancji, bo partyzanci wykorzystywali na minowanie torów, czas przerwy między oddawanymi salwami.

27. AKCJE DYWERSYJNE PARTYZANTÓW SOWIECKICH

W tym czasie raport mojego wywiadu informował, że omal cały powiat stoliński na północy i tzw. „Lasy żytomierskie” na wschód od Rokitna, pozostają całkowicie pod kontrolą partyzantów radzieckich. Najbardziej groźną i wyróżniającą się jednostką, dającą się we znaki Niemcom – jest silne zgrupowanie dowodzone przez gen. Kowpaka. W tych rejonach dywersja nie ograniczała się wyłącznie do linii kolejowych, bo jak mnie informowano, cały aparat gospodarczy Wirschaftkomando, został sparaliżowany i praktycznie nie istniał na tych obszarach. Ostatnio doniesiono mi, że partyzanci radzieccy spalili tartak i niemiecką gorzelnię w Worobinie k/Dąbrowicy. Przedsiębiorstwa te pracowały wyłącznie dla potrzeb wojska, więc zostały zniszczone. Takie posunięcia dawały dużo do myślenia, bo po nich należało spodziewać się nalotu na Rokitno, które w pewnej mierze jest strzeżone, praktycznie tylko przez wartę należącą do Samoobrony. Wiedzieli o tym zarówno Burinda, jak i Szewczuk, który za pośrednictwem Dęboroga komunikującego się z Janikiem, korzystał z usług mojego wywiadu, lecz obydwaj dowódcy nie wiedzieli o istniejącej konspiracji. Obronę Rokitna przez hutników, mogli uważać za wysługiwanie się Niemcom. W związku z tym, nakazałem swoim podwładnym zachowywanie specjalnych środków ostrożności i nie atakowania partyzantów w przypadku akcji dywersyjnej na nasze miasto. Nastąpiła ona jednak szybciej niż się tego spodziewałem. Partyzanci nadeszli z kierunku wiosek Masiewicze i Budy. Gęsty ogień z broni maszynowej oddawany wzdłuż pustych po godzinie policyjnej ulic, wystraszył patrole niemieckie, które ukrywszy się w bunkrze przy stacji kolejowej i na placu Piłsudskiego, ostrzeliwali się słabo i niecelnie. Partyzanci chodzili po całym miasteczku, ale hutę strzeżoną przez Polaków i osiedle robotników – ominęli. Uważałem , że postąpili tak celowo, wiedząc o pilnowaniu osiedla przez hutników, spodziewających się napadu bulbowców. Jak się okazało, łupem partyzantów były wszystkie niemieckie zapasy magazynowe jak: sól, cukier, herbata, wędliny mięsne, oraz wyroby tytoniowe przygotowane dla Wehermachtu, jak też lekarstwa i środki opatrunkowe z miejscowej apteki. Żadnych innych szkód, zniszczenia obiektów gospodarczych i kolejowych nie stwierdzono. Z wyniku tej akcji poniekąd byłem zadowolony, bo kol. Korybut wykorzystując zamieszanie, usunął z magazynu piekarni i schował 4 worki 50-cio kg. soli kuchennej, która pozostawała do mojej dyspozycji na potrzeby lasu. Były jednak jak zwykle i złośliwe próby podważenia naszej upozorowanej lojalności, bo kol. Jaworski informował, że ukraiński wywiadowca złożył na „SD” doniesienie na wartę huty, która podczas akcji partyzantów, nie oddawała strzałów odstraszających i umożliwiła sowietom rabunek sklepu, znajdującego się przy głównej ulicy osiedla huty.
Taka bezczynność podczas napadu – dalej czytałem w meldunku – nasuwa podejrzenie, że Polacy pozostają w zmowie z bandytami sowieckimi. Szef „SD” Andreas, biorąc to doniesienie za prawdopodobne, zamierza odwołać usługi hutników i zastąpić je ochroną składającą się z Ukraińców. W ostatniej chwili, kiedy zamierzał wydać decyzję w tej sprawie, nadszedł inny meldunek od dowódcy głównego bunkra. Ten oficer niemiecki donosił, że gefreiter – taki a taki – uważany za podległego, lub wziętego do niewoli podczas napadu – żyje i dziś rano zgłosił się do służby. Jak wynika z jego zeznań – głosi meldunek – w krytycznej chwili napadu, gefreiter znajdował się w dzielnicy robotniczej huty, na przymiarce u krawca Józefa Gałasa, który szyje mundur temu żołnierzowi. Na odgłos strzelaniny, gefreiter ruszył do domu i chciał uciekać do bunkra, lecz krawiec zatrzymał go i przestrzegł o niebezpieczeństwie wychodzenia na ulicę, przechowując Niemca w piwnicy, pod podłogą własnego mieszkania, aż do rana. W piwnicy tej – dalej informował gefreiter- oprócz rodziny krawca, przebywało także kilku hutników sąsiada Gałasa. Twierdzili oni , że w tej piwnicy chowają się przed bulbowcami, zapewniali mi pełne bezpieczeństwo i dbali o moje wygody twierdząc, że partyzanci na hutę i osiedle nie napadną, bo wiedzą, że te obiekty są strzeżone przez polską ochronę, która nie boi się i strzela celnie. Dalej przybył jeden z sąsiadów i upewnił, że nie ma się co bać, bo partyzanci po strzałach z bunkra zawrócili swój pochód, a nas ominęli, gdyż wiedzą cwaniacy, że nasi wartownicy czekają na zbliżający się cel, więc wolą nie ryzykować. Biorąc pod uwagę sprostowanie i opis przebiegu napadu, Andreas z miejsca odrzucił posądzenie Ukraińca i zbeształ za nieścisłą i tendencyjną informację. Polską ochronę huty, postanowił utrzymać nadal i wzmocnić przydziałem jednego km-u, do którego jako fachową obsługę przydzielił / dla bezpieczeństwa na wszelki wypadek volksdztchera / kpr. rez. Jana Biełousa. Z jednej strony byłem zadowolony, bo gorliwość Ukraińca została przykładnie poskromiona, z drugiej natomiast zaniepokojony, bo przecież akcje partyzantów sowieckich mogą się powtórzyć. Kapral Biełous, będący na usługach „SD”, w moim rozeznaniu swoim zachowaniem dorównywał niesławnej pamięci kpr. Kurkowskiemu. Należało obmyśleć środki zaradcze, bo ten służbista siłą faktu, będzie wyznaczony na oficjalnego dowódcę warty i w razie dywersji skierowanej na hutę, może to mieć niepożądane następstwa.
Wypełniając ciążące na mnie obowiązki, wysłałem na Średniak 3 worki 50 kg soli kuchennej „zorganizowanej” przez Korybuta, z przeznaczeniem 100 kg dla O/P Wujka, a 50 kg na potrzeby placówki. Leśne wojsko zostało tym razem dostatecznie zaopatrzone w ten unikalny w naszych warunkach – produkt. Strzemię, dziękując za ten biały dar niebios / bo taką ceną wtedy określano sól / domagał się zorganizowania dostawy broni, bo ludzi przybywa, a karabinów dla nich nie ma. Jednocześnie donosił, że kpt. Wujek z tym brakiem poradził sobie sam, przez uprowadzenie z okolic pow. Kostopolskiego, całego oddziału pomocniczego policji, w pełnym uzbrojeniu i wyposażeniu. Taką udaną akcją Oddział został dozbrojony w automaty, broń maszynową i moździerze. Dopełniając ten stan w następnym transporcie do O/P kpt. Wujka, przekazałem duży pakunek bielizny stanowiącej dary zebrane wśród Rokitniaków, oraz dwa worki 75 kg sody amoniakalnej na potrzeby leśne pralni wojskowej. Natomiast zaopatrzenia placówki Średniak w broń, była omawiana wspólnie z ppor. Strzemię. W tym czasie wywiad informował na bieżąco o nasilającej się aktywności partyzantów sowieckich na naszym Odcinku. Jak wynikało z wiarygodnych źródeł, Szewczuk planuje nowy atak i usiłuje prowadzić wywiad samodzielnie, wysyłając do Rokitna panią Masojedę, jako wywiadowczynię. Był to bardzo nierozważny i ryzykowny krok z jego strony. Masojedę, jako byłą nauczycielkę, bulbowcy znali i zatrzymali w Kisoryczach. Jak mnie później doniesiono została przez nich zamordowana, a Szewczuk na to bestialstwo nie zareagował. Zbrodnia miała miejsce na jego terenie i wystarczyło, żeby – podobnie jak ja w Rokitnie – zastrzegł u batiuszki w Karpiłówce, że każda ofiara z jego ludzi, będzie pomszczona spaleniem wioski. Takie zastrzeżenie z jego strony jednak nie nastąpiło. W kilka dni później jednostka Szewczuka posuwając się od wioski Budy, pod osłoną nocy dotarła cichaczem do ulicy Sobieskiego w Rokitnie, którą przechodził patrol naszej obrony. Partyzanci wyskoczyli zza węgła domu i wezwali patrol do podniesienia rąk, i odrzucenia broni. Moi chłopcy zorientowani, że mają do czynienia z partyzantami, wezwania usłuchali i zostali zatrzymani. Partyzanci oddali kilka serii z broni maszynowej w kierunku ul. Kolejowej, zrabowali niemiecki sklep przy ul. Sobieskiego i wycofali się, uprowadzając zatrzymanych. Niemcy stwierdzili, że partyzanci po zrabowaniu sklepu, wycofali się, a na ich salwy bunkier odpowiedział ogniem. Potwierdzili także milczenie ochrony huty, co stwarzało podejrzenie zmowy. Sprawa korzystania z usług naszej ochrony, znów znalazła się w atmosferze podejrzeń, a dochodzenie w tej sprawie przeprowadzał osobiście sam szef „SD”.
- Gdzie byliście wczoraj o godz. 10,00 – zapytał Andreas przez tłumacza Jaworskiego.
- Znajdowałem się w portierni przy rkm-ie – odpowiedział Biełous.
- Czy słyszeliście strzelaninę w miasteczku ?
- Słyszałem – padła odpowiedź.
- A dlaczego nie odpowiedzieliście ogniem na salwy oddawane w waszym kierunku ?
- Bo cel nie zbliżał się i nie był widoczny, a bandyci nie weszli na moje pole obstrzału – odpowiedział kpr. Biełous.
- To źle, żeście nie strzelali. Bandyci mogli bezkarnie podejść do waszych pozycji i zaatakować z przewagą ognia – zauważył Andreas.
- Nie, panie szefie – tłumaczył Biełous – milczenie mojej broni było powodem zaniechania ataku na hutę, bo partyzanci dobrze wiedzą, że obrońcy czuwają trzymając ich na muszce, więc ryzykować życiem nie chcą i odstępują. Gdybym otworzył ogień na ślepo, aby odstraszyć, zdradziłbym tylko stanowisko swojego rkm-u, a partyzanci natarliby z innej strony obrzucając mnie granatami, a wtedy rezultat nie byłby korzystny, rzekł kapral.
Nie bez powodów, wyjaśnienie zachowania się Biełousa w czasie najścia partyzantów, zostało przez Niemców uznane za dobre i nagrodzone pochwałą, co w rezultacie kwalifikowało wartę huty do dalszej służby, a kpr. Biełousa na właściwego dowódcę.
Z postawy i znajomości służby tego podoficera z jednej strony byłem zadowolony, bo uratował naszą Samoobronę i zaimponował dobrym wyszkoleniem, jakie wyniósł ze szkoły podoficerskiej piechoty, z drugiej było mi przykro, że jego wiedzę nie mogę wykorzystać we właściwym celu. Po trzecie bałem się ataku partyzantów sowieckich na hutę, bo takiego należy się zawsze spodziewać.
Sytuacja uporczywie skłaniała mnie do rozmyślania o roli obrony huty i jej gorliwego dowódcy. Tu trzeba było działać, bo czas pracował na moją niekorzyść i aby zaspokoić potrzeby dozbrojenia placówki i jednocześnie unieszkodliwić wybujałą służbistość kaprala, należało już teraz wykorzystać nadarzającą się sposobność. Plan upozorowania rozbrojenia warty i zdobycia rkm-u obsługiwanego przez Białousa – już obmyśliłem. Należałoby tylko uzgodnić działanie z dowódcą placówki Średniak i wyznaczyć czas akcji. Na skutek otrzymanych meldunków z terenu, termin wykonania akcji trzeba było odłożyć. Nie wesołe wiadomości zawierały te meldunki. W pierwszym donoszono z terenu, że Szewczuk wziętych do niewoli naszych dwóch ludzi – rozstrzelał. Natomiast w drugim powiadomił mnie Jaworski, że władze zamierzają przenieść oddział pomocniczy policji do Żytomierza. O zamierzeniach Niemców należało natychmiast zawiadomić Ośrodek, bo takie posunięcie pozbawiało nas źródła „organizowania” amunicji i granatów, oraz kontaktu z ludźmi przygotowywanymi na przejście do naszych jednostek partyzanckich. Wiadomość o rozstrzelaniu chciałem jeszcze sprawdzić, bo trudno było uwierzyć, aby Szewczuk, znający dobrze Jana Maciejewskiego i nieletniego, bo raptem 15-letniego Tadeusza Pachowskiego, mógł posunąć się do tak zupełnego braku zrozumienia naszej walki konspiracyjnej, wydając tak surowy i nieuzasadniony wyrok. Niestety, smutna wiadomość niewymownie oburzająca wszystkich Rokitniaków – została potwierdzona. Okazało się, że tam gdzie wchodzi w grę sowiecka zasada : „Kto nie s nami tot protiw nam”, towarzysz Szewczuk nie bierze pod uwagę żadnych okoliczności łagodzących. Dziwnym się jednak może wydać, że Szewczuk nie zastosował tej bezwzględnej reguły w stosunku do bandytów OUN-u, którzy na jego podwórku, w tak bestialski sposób zamordowali jego wywiadowczynię Masojedę ! Tak, „towarzyszu” to jest zrozumiałe, bo Masojeda była Polką, a mordercy Ukraińcami. Przecież Szewczuk znał sprawców mordu i wiedział gdzie mieszkają bandyci, bo to przecież dawniejsi jego podwładni i pracownicy Lespromchozu, a nawet wychowawcy będący wtedy członkami "„Komsomołu”. Jak widać z oceny politycznych aspektów rozkazów tego towarzysza, Szewczuk zbrodnie rezunów zaliczył do działalności „z nami a nie przeciwko nam”, gdyż ponoć miała ona charakter buntu ludu przeciwko „Biełopanom” ! Analizując te smutne wydarzenia , pragnę je włączyć do bogactwa historii naszych dziejów, jednak, aby pokazać właściwy obraz i niezaprzeczalne podobieństwo następstw spowodowane ogłupieniem i tępotę zmowy osób będących ślepym narzędziem realizacji błędnych idei niszczenia Polaków.

Nienawistna sylwetka Szewczuka, którego znałem osobiście, żywo staje w mojej wyobraźni. Przypomina mi się miniony już okres, kiedy przyszedłem do niego jako dyrektora huty, prosić o poradę w sprawie nieuzasadnionego aresztowania przez NKWD brata Kazimierza. Wówczas ten przedstawiciel „wolego i uszczęśliwionego narodu” – odpowiedział mnie wprost, że NKWD wie jak ma postępować z aresztowanym, a o tego który „naszoł sia u rodnoj matiery” – troszczyć się nie należy. Taka była krótka i dobitna odpowiedź osoby, której ponura i odrażająca twarz, z nasuniętą czapką na zawsze złośliwie i nieufnie spoglądające oczy, przedstawiał typ sowieckiego aktywisty. Aktywisty, którego przysłano tutaj po to, aby wcielał zasady sowietyzmu i przyzwyczajał „oswobodzonych” do życia i funkcjonowania w strukturze władzy „Radzieckiego” państwa.

Mimo woli przypomina mi się styl pracy tych aktywistów i stosunek do „wyzwolonych spod ucisku”, bo tak się układały wydarzenia, że okoliczności skłoniły mnie, abym sięgnął po płynące tą drogą korzyści. Sięgnąłem ... a przykry zawód i smak goryczy jeszcze czuję do dzisiaj, bo dopełnia ją zbrodnia, nienawiść i zakłamanie. Ból bezsilności dławił mi gardło, bo zdawałem sobie sprawę, że pomimo tak rażących sprzeczności, w imię walki ze wspólnym wrogiem, jestem zmuszony na współpracę ze zbrodniczym tępakiem, który nie jest w stanie zrozumieć praw kierujących jego ślepotą i złością.

28. JAK ZDOBYWALIŚMY BROŃ DLA PARTYZANTÓW

Odpowiedź na mój meldunek odnośnie oddziału pomocniczego policji, niebawem otrzymałem, lecz w formie wyraźnego rozkazu. Komendant Ośrodka nakazywał : wytypować odpowiedniego działacza spośród członków waszej Samoobrony i obciążyć go zadaniem, ochotniczego wstąpienia do omawianej jednostki policji, a po odpowiednim przygotowaniu, na rozkaz, uprowadzić ją w pełnym uzbrojeniu do lasu i dołączyć do O/P kpt. Wujka. Pismo było dekretowane znakiem pilności i nakazem natychmiastowego meldunku o wykonaniu. Tegoż dnia wieczorem zwołałem naradę, na której do wykonania omawianego zadania, zgłosiłem kandydaturę „Skrzypka” / Bernard Linde kpr. rez.piechoty /. Kolega Madoń stanowczo sprzeciwił się i na to stanowisko zgłosił „Dęboroga”. Obstawałem przy swoim projekcie motywując, że rodzina Dytkowskich jest zanadto obciążona odpowiedzialnymi funkcjami w organach naszej organizacji. Ponadto, tu wchodzi w grę również opinia publiczna. Nie chciałbym przykro zawieść tych wszystkich, którzy darzą mnie zaufaniem. Będą mnie wytykać palcami i mówić, że Dytkowscy wysługują się Niemcom. Mogę stracić to, co dawało mi poczucie słusznej walki dla dobra naszej organizacji. Madoń oświadczył jednak, że kandydatura „Dęboroga” – biorąc pod uwagę jego sprawdzone zalety – jest najlepsza dla wykonania tego trudnego zadania, natomiast „Skrzypek” pełni funkcję kierownika tartaku, usytuowanego tuż przy kolei i jego brak pozbawi nas możliwości zdobywania cennych wiadomości o ruchach transportów wojskowych i najświeższych poczynań władz związanych z tym transportem. Odnośnie opinii wysługiwania się Niemcom – mówił Korybut – jest ona przykrym zjawiskiem, lecz w naszej sytuacji, wskazanym, bo odwraca podejrzenia Niemców o współpracę z ruchem oporu, tak osoby komendanta jak i jego rodziny. Argumenty Korybuta były mocno uzasadnione i przeważyły szalę za „Dęborogiem”. Władek otrzymał odnośny rozkaz i wkrótce znalazł się w omawianej jednostce. Krok ten rzeczywiście przysporzył zaufania Niemców. Sytuację należało wykorzystać jak najprędzej, zanim Szewczuk mnie nie uprzedzi. Omówienie akcji na hutę i rozbrojenia warty, nastąpiło niezwłocznie. Por. Strzemię przygotował do tych czynności odpowiednich i niezawodnych wykonawców w osobach Gustawa i Kaczki. Na umówiony znak, który nastąpił po sprawdzeniu, że kapral drzemie, Gustaw wszedł i rozbroił wartownika, Kaczka w tym czasie cichutko wsunął się do portierni zabezpieczając gotowy do strzału Rkm. i zbudził Biełousa lekkim trąceniem i przystawieniem do skroni pistoletu, nakazując „spokój i łapki do góry”. Pan kapral ocknąwszy się ze snu, z przerażenia zaniemówił, a Kaczka grzecznie pytał, jak spało się gorliwemu słudze ?

Akcja ta odbyła się zgodnie z planem, po cichu i bez wystrzału. Rozbrojono wartownika przy bramie, dowódcę warty i czterech wartowników czuwających na portierni. Zdobyto 1 rkm. 5 kbk. 12 granatów ręcznych i pokaźną ilość amunicji. Wycofano się pośpiesznie, bo jeden z wartowników, który rzekomo spostrzegł najście partyzantów – wystrzelił i zaalarmował pozostałych na posterunkach po drugiej stronie huty. Nastąpiło upozorowane zamieszanie, w czasie którego zabrano zdobytą broń, oraz uprowadzono Biełousa i jednego wartownika. Oddano kilka krótkich serii z automatu po pustym placu huty, pozorując uniemożliwienie pościgu i wycofano się . Grupa operacyjna rozmawiała między sobą po rosyjsku. W drodze powrotnej, przekraczając tor kolejowy pod wiaduktem wąskotorówki, na wysokości tartaku, upozorowano nieuwagę, aby wzięci do niewoli, pod osłoną nocy mogli nawiać. Pierwszy uczynił to kol. Szajewski ps. „Soroczka” i ruchem ręki zachęcił Biełousa. Zbiedzy powrócili na wartownię, ale Niemcy jeszcze nie przyszli, aby skontrolować zajście. Dochodzenie przeprowadzono dopiero rankiem i jak z niego wynikało, cała wina spadła na dowódcę warty, który pozwolił się zaskoczyć. Biełous tłumaczył się, że wartownik przy bramie musiał spać, bo nie widział kiedy wdarli się partyzanci. Wartownik natomiast dowodził, że zbliżającego się partyzanta po ciemku wziął za dowódcę, idącego na kontrolę wartowników. Rezultat był ten, że Niemcy uznali brak wyszkolenia naszych chłopaków i odwołali usługi ochrony huty, a na ich miejsce użyli plutonu Własowców. Kpr. Biełous natomiast nagle zniknął z Rokitna i nie było wiadomo do jakiej służby użyli go Niemcy. Byłem zadowolony z takiej decyzji, bo nie potrzebowałem troszczyć się o bezpieczeństwo swoich chłopców w razie nalotu Szewczuka. Teraz pozostało mi tylko jedno źródło „organizowania” amunicji, lecz nie na długo, bo oddział pomocniczy policji został przeniesiony do Rafałówki. Kontakt z „Dęborogiem” w tej miejscowości, aczkolwiek istniał, był utrudniony, a zapowiedziane uprowadzenie oddziału przypadło Ośrodkowi Staw. 

29. KAPUŚ WIDMAŃSKI

Kolega Jaworski w kolejnej informacji donosił, że Wacław Widmański (kierownik niemieckiej mleczarni) przyniósł na „SD” ulotkę, w której nawoływano Polaków do zasilania szeregów jednostki partyzanckiej AL pod nazwaniem: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Widmański wskazał dwóch nastolatków, którzy wręczyli mu ulotkę. Chłopaków natychmiast aresztowano, byli to Nowakowski i Ołowiak, synowie polskich kolejarzy, śledztwo trwa. O istnieniu jednostki AL już słyszałem. Doniesiono mi, że jakiś pułkownik Satanowski przeprowadza rekrutację w Klesowie, z ulotki wynika, że już sięgnął do Rokitna. Zatrzymani chłopcy tłumaczyli się…. ulotkę znaleźli na ulicy i nie mogli zrozumieć jej treści, więc zanieśli ją do Widmańskiemu do pobliskiej mleczarni, aby im wytłumaczył znaczenie. Chłopaków nie tyle uratowała mądra odpowiedź, ale opinia lojalności okupiona ofiarą śmierci ich kolegi Tadeusza Pachowskiego. Tak czy inaczej, stwierdzony fakt złożenia tej ulotki na SD i denuncjacja, dowodziły o istnieniu czynnego i niebezpiecznego donosiciela aktywnie pracującego w Rokitnie dla Niemców. Należało o tym zawiadomić Ośrodek i przestrzec o niebezpieczeństwie. Tego jednak nie uczyniłem, bo kiedy pomyślałem, że odwrotną pocztą przyjdzie rozkaz zlikwidowania szpicla, ręka opadła mi i tego raportu nie napisałem. Wyłom nie dopełnienia obowiązku nie wynikał z sentymentu do Widmańskiego jako byłego kolegi, lecz ze współczucia dla jego trojga dzieci, które zostałyby sierotami i wdowieństwa Bogu ducha winnej żony. Sięgając myślą wstecz, kiedy robiłem pierwsze kroki pracy społecznej w budującym się Rokitnie i wspólnie z koleżanką Marysią Artowiczówną, grywałem na scenie teatru, stanowiącym nasz wspólny twór, Marysia wtedy po cichu, po dziewczęcemu podkochiwała się we mnie, a ja teraz miałbym zostać sprawcą jej wdowieństwa i sieroctwa pociech ... Nie, tego nie zrobię i muszę poszukać innego sposobu unieszkodliwienia szpicla!

30. WIZYTA „TURBACZA” - OFICERA SZTABU OKRĘGU AK

Moje rozmyślania przerwało znaczące stukanie do drzwi. Okazało się, że przyszedł kol. Józef Lech ps. „Podkowa”. Pełnił on funkcję łącznika między mną, a punktem zamiejscowym wizyt, mieszczącym się w niemieckim sklepie przy ulicy Sobieskiego. „Podkowa” meldował, że na punkcie znajduje się kolejarz z opaską Organization Tood na ramieniu i prosi o skomunikowanie go z „Jeremiczem”.
- Zna mój pseudonim ? 
- Tak, ale wymienił go po ujawnieniu hasła – wyjaśnił „Podkowa”.
- Jak wygląda, zapytałem, domyślając się kogoś z Ośrodka.
- Mężczyzna w średnim wieku, prezencja zdradza raczej byłego wojskowego.
- Proszę zaprowadzić go do moich rodziców i ode mnie polecić mojej matce. Gość musi zaczekać, bo ja udam się tam dopiero po pracy. 
Kto to może być, skoro zna mój pseudonim. Kiedy zjawiłem się w umówionym czasie, nieznajomy siedział za gościnnym stołem i po usłyszeniu mojego pseudonimu, oznajmił : „Turbacz” / oficer sztabu komendy Okręgu /. W krótkich słowach prosił o jak najszybsze zorganizowanie jego dojazdu do O/P kpt. Wujka. Mój cel, to dokonanie inspekcji tej jednostki i omówienie pilnych spraw służbowych. W związku z tym natychmiast wysłałem gońca z meldunkiem na Średniak, zawiadamiając ppor. Strzemię o wizycie. Prosiłem o transport i eskortę bezpieczeństwa. Zanim goniec wrócił, przy herbatce omówiłem szereg spraw związanych z trudnościami naszej pracy, w tym m. in. trudne zadanie „Dęboroga”, który już przygotował grunt i oczekuje na rozkaz, pomoc i współpracę Ośrodka. Kol. „Turbacz” wydał mi się bardzo zainteresowany sprawą uprowadzenia oddziału policyjnego i obiecał, że sam zajmie się zorganizowaniem akcji, niezwłocznie po zakończeniu inspekcji. W związku z tym , prosił o hasło i adres „Dęboroga”. 
Późnym wieczorem wrócił goniec i meldował: jutro, o zmierzchu, na trzecim kilometrze wąskotorówki, hasło Huta, odzew Hało. Turbacz przenocował u moich rodziców, a następnego dnia , po pracy, przyszedłem z wyposażeniem i chłopskim przyodziewkiem na drogę. O umówionej porze, udaliśmy się za granice miasta. Idąc nasypem wąskotorówki już z daleka zauważyłem smukłe sylwetki dwóch żołnierzy zmierzających w naszym kierunku. W przepisowej odległości zatrzymano nas i po wymianie haseł, Gustaw i Staszek Finkarz, zameldowali gotowość do spełnienia usługi bezpieczeństwa, wskazując przejście do pobliskiego lasku, pod osłoną którego oczekują dwa wozy parokonne i uzbrojona eskorta. Na pierwszym wozie ulokowała się eskorta, siadając z nogami opuszczonymi na zewnątrz, tak, aby w razie ataku z zasadzki, momentalnie zeskoczyć i zająć pozycję obronną. Na drugim my obydwaj zajęliśmy miejsca, a za nami, ze spuszczonymi nogami na zewnątrz i gotowymi automatami do strzału – usiedli Gustaw i Staszek. Konie ruszyły z kopyta, a świeże pachnące żywicą powietrze, działało przyjemnie i swojsko.
Po zgiełku i hałaśliwej pracy w hucie, las, swoją właściwością żywej natury, stwarzał wrażenie spokoju i bezpieczeństwa. Rącze koniki biegły szybko i zanim zdążyliśmy docenić tą wartość, minęliśmy przed wioską wartownika i za chwilę Gustaw oznajmił, że jesteśmy na miejscu.
Kol. „Strzemię” już czekał i po wymianie służbowych formalności, szepnął poufnie, że w kancelarii dowództwa gości delegację przyjaźni z oddziału płk. Satanowskiego. Przybyła ona na ugodowe rozmowy w sprawie zwrotu broni dezerterów Zjednoczenia AL, którzy dołączyli do naszej jednostki. Ja ani myślę – mówił Strzemię – przychylić się do ich wniosku i prosiłbym o poparcie mojego stanowiska. Dalej informował, że delegatami są por. Baczyński, były drogomistrz w Rokitnie i por. Królak, bliżej nie znany. To się dobrze składa – rzekł „Turbacz”, bo podzielam wasze stanowisko i broń ta pozostanie u nas. Delegowani oficerowie, żądanie zwrotu broni tłumaczyli faktami jej przynależności i figurowania na stanie Zjednoczenia AL.
Jednostka nasza, twierdzili, musi wyliczyć się z tego przed swoją władzą zwierzchnią. Dezerterzy mogą pozostać, jeżeli chcą walczyć pod waszym sztandarem, lecz broń zabraną musicie zwrócić. „Turbacz” w odpowiedzi sprostował, że przejście z jednostki AL do jednostki AK, nie można piętnować bo trwa wojna, a ludzie przecież chcą walczyć i bić tego samego wroga, zmiana formacji wojskowej nie ma tutaj większego znaczenia i nie może być poczytywana jako dezercja.
Wszyscy Polacy chcąc walczyć, starają się o zdobycie broni, aby mieć czym bić znienawidzonego wroga, a skoro ją posiedli, nie mamy prawa jej żołnierzowi odbierać. Byłoby to zaprzeczenie konspiracyjnych założeń, celów i intencji walki o Polskę. Gdybyśmy postąpili wbrew temu prawu i spełnili wasze życzenia, to korzyści odniesie nie jednostka AL ale nasz wspólny przeciwnik, bo tą broń nie macie komu dać, skoro ludzie uciekają od was. U nas, z tej samej broni, żołnierze będą strzelać do Niemców i przybliżać nasze wspólne zwycięstwo. Z tych przyczyn odmawiam zwrotu zdobytych karabinów – powiedział „Turbacz”.
Argumenty naszego kolegi były przekonywujące, więc delegaci płk. Satanowskiego ostatecznie musieli się z nimi zgodzić. Sprawa tego sporu została suto zakropiona samogonem i na tym rozmowy zakończono. Pomimo odmowy, delegacja sojuszniczej jednostki, była traktowana uprzejmie i wyniosła stąd przekonanie, o panujących tutaj dobrych obyczajach wojskowych i przyjaznym do nich stosunku AK.
Jak wynikało z wypowiedzi dowódcy Średniaka, placówka zyskała wówczas 5 sztuk broni palnej, w tym 2 pepeszki radzieckie. Był to niezły zastrzyk, bo Średniak posiadał teraz 75 żołnierzy uzbrojonych, a w tym : 1 mp niemiecki, 3 pepeszki radzieckie, 1 rkm. zdobyty w hucie, 6 kbk. radzieckie i 64 kbk polskie. Ponadto kol. Strzemię posiadał pistolet siódemkę. Jak z tego wynikało, z 17 ludzi w początkowym okresie istnienia tej placówki, w krótkim czasie, wyrosła nieźle już uzbrojona kompania wyszkolonego wojska.
Domyślano się, że wizyta oficera sztabu Okręgu, miała związek z wydarzeniami na froncie wschodnim. Następnego dnia kol. „Turbacz” będzie eskortowany z placówki do O/P kpt. Wujka. Była jeszcze omawiana lokalna sprawa miejscowego bandyty. Nazywał się on Antoni Garbowski i mieszkał na pobliskim chutorze Wodorówka za Starykami. Ten Mazur wykorzystywał zamieszanie wynikające z działań bulbowców i dokonywał grabieży pobliskich gospodarstw mazurskich . Przed wojną, jako przestępca był już karany za dokonywanie grabieży. Teraz wznowił ten proceder. Miejscowa ludność ze Staryk, przychodziła do mnie ze skargą, więc upominałem go. On jednak oświadczył, że przynależy do partyzantki Miedwiedjewa i prawnie rekwiruje żywność dla partyzantów.
Ludzie znali go jednak sprzed wojny i nie wierzyli kłamstwom i dlatego, zwrócili się aż do kpt. Wujka ze skargą na tego bandytę. Kapitan rozważywszy doniesienie, sprawdzał w jednostkach partyzanckich czy Antoni Garbowski z chutoru Wodorówka rzeczywiście należy do jednostki i rekwizycji dokonuje na zlecenie. Takiej przynależności jednak nie potwierdzono. Nikt nie przyznawał się do tego „partyzanta”, a tym bardziej, nie zlecano mu rekwizycji żywności. Wynik dochodzeń w tej sprawie dawał wolną rękę kapitanowi, jako adresata skarg. W rezultacie kpt. Wujek wydał rozkaz likwidacji Antoniego Garbowskiego. Wyrok został wykonany przez ludzi placówki, a ludność miejscowa dziękowała za przykładne ukaranie notorycznego bandyty. Jak się okazało, - mówił kol. Strzemię – bandyta nie działał sam i pozostała banda po cichu daje o sobie znać, bo skargi znów napływają.
Oficer sztabu, najbardziej interesował się przyczyną ucieczek z jednostek AL. I w tej sprawie przesłuchiwał zbiegłych. Jak wynikało z zeznań, największym powodem masowych ucieczek, był brak prawdziwej dyscypliny wojskowej. Sam dowódca, który polecił partyzantom nazywać się pułkownikiem, nigdy w wojsku nie służył i wojska nie zna. Jest bardzo młody, prawdziwi żołnierze nazywają go „szmondakiem” i nie chcą go słuchać. 

Tak oto wypełniona na Średniaku noc, dobiegała końca, a ja odebrawszy wskazówki od kpt. „Turbacza” odnośnie jego powrotu przez Odcinek, zostałem odwieziony do granic miasteczka. Tym razem moją eskortą dowodził „Szpak”, który wyrażał zadowolenie z zaszczytu pełnienia służby w leśnej jednostce i okazywał mi zobowiązanie i wdzięczność. Świtało już kiedy zastukałem do domu rodziców, ale drzwi nie były zamknięte. Moja czuła i kochająca Matka, już czekała na żołnierza z ciepłymi słowami i gorącym posiłkiem. Jak zawsze tak i teraz, zachęcała mnie do dalszych wysiłków i ofiarnej walki o nasze prawa do życia. Jak to dobrze mieć taką matkę – pomyślałem. Po godzinie policyjnej, wróciłem do domu i uspokoiwszy małżonkę, udałem się do huty, aby we właściwym czasie punktualnie rozpocząć pracę tak, jak gdyby nic się nie działo.

Kol. „Turbacz” zdążył dotrzeć do O/P na święto 11 Listopada i po załatwieniu zleconych mu spraw, niezwłocznie wracał. Informował mnie o tym Janek, który jadąc do Sarn zauważył, że w Klesowie wsiadło dwóch partyzantów, którym towarzyszył ksiądz Chomicki. Domyślałem się z opisu i wyglądu, że jeden z nich, w kolejarskim ubraniu i opaską Organization Tood, mógł być „Turbaczem” – mówił Janek.
- Tak, na pewno, ale jak ten drugi wyglądał ? – zapytałem.
- To młody facet, lat 26, blondyn, z gęstymi bokobrodami, niskiego wzrostu, licho ubrany. Zachowanie swobodne i pewne siebie.
- To musiał być „Kaczka” – zauważył Janek – to źle, bo go aresztowano. 
- Aresztowano, kiedy ? – zapytałem.
W Sarnach, w wagonie patrol żandarmerii sprawdzał moje dokumenty, potem u „Turbacza”, no i tego „Kaczki”. Nasze dokumenty były w porządku, a „Kaczkę” zatrzymano i widziałem jak go odprowadzono.
- Jeżeli to był „Kaczka”, to stało się bardzo źle – zauważyłem. On przecież zna mój pseudonim i nazwisko, oraz struktury organizacji. Brał udział w rozbrajaniu warty. Był w tym samym ubraniu, mogą go rozpoznać ...! 

Tak czy inaczej należy sprawdzić dokładnie kim był ten aresztowany. Nie zwlekając, zwróciłem się do Jaworskiego z prośbą o sprawdzenie, czy w dniu 
13 listopada, w pociągu, był zatrzymany przez żandarmerię osobnik o podobnym wyglądzie. Dla Jaworskiego nie sprawiało to specjalnych trudności, bo na żądanie SD wszystkie organa władzy, są zobowiązane do udzielania informacji. Toteż już następnego dnia miałem potwierdzenie, że aresztowanym w pociągu był rzeczywiście „Kaczka”. Przetrzymywany jest w Gestapo w Sarnach /dawny budynek NKWD/.
Zmartwiłem się, bo „Kaczkę” podczas badania mogą bić. Co stanie się jak on się załamie ? Pełen niespokojnych myśli, po pracy powróciłem niezwłocznie do domu. Zdziwienie moje było nie małe, bo oczekiwał na mnie kierownik mleczarni Widmański. Na wstępie czynił mi wymówkę, że dotychczas nie zwróciłem się do niego, jako do byłego legionisty, w sprawie organizacji jaką na pewno reprezentuję. Twoi ludzie – powiedział – zbierają sorty mundurowe i bieliznę dla partyzantów. Ale te panie jakoś omijają mnie, a ja przecież też mógłbym coś dać na ten cel. Dziś właśnie przyniosłem swój pas wojskowy, bo tylko on mi pozostał. Uważam, że przyjmiesz ten skromny dar i zrobisz użytek, który będzie moim wkładem do naszej sprawy – powiedział Widmański.
- Muszę cię rozczarować, bo ja nie jestem tym, za kogo mnie bierzesz. Nie zwracałem się do ciebie, bo nie jestem taki naiwny jak ci dwaj chłopcy, których zadenuncjonowałeś na „SD”. Twój skromny dar możesz sobie zabrać z powrotem, bo szpiclowski pas partyzantów nie usatysfakcjonuje! – zrozumiałeś?
- Ależ, co ty wygadujesz .....
- Dość ! – przerwałem. Widzę, że wcale nie zrozumiałeś jaką krzywdę wyrządziłeś Nowakowskiemu i Ołowiakowi, którzy ci jako legioniście zaufali. Nie zdajesz sobie sprawy, że swoim szpiclowskim postępkiem przekreślasz przyszłość Polski, narażasz na cierpienia i śmierć tych, co nas mają zastąpić ! Zapamiętaj to sobie, że od kary śmierci za ten nikczemny wyczyn, uratowały cię twoje niewinne dzieci. Dowiedz się i o tym, że jeżeli jeszcze jedna osoba z Polaków zostanie zadenuncjonowana i znajdzie się na „SD” – ty utracisz życie. Czy zrozumiałeś ? – zapytałem. Zabieraj swój szpiclowski pas i możesz iść prosto na „SD” i złożyć na mnie doniesienie, ale uprzedzam cię, to będzie twoja ostatnia służba wrogom, bo żywy nie dojdziesz do tego urzędu ! A teraz wynoś się natychmiast, abym nie patrzył na twoją szpiclowską gębę !
Po wyjściu Widmańskiego, który wydał mi się zaskoczony, rozbolała mnie głowa, zastanawiałem się, czy właściwie postąpiłem. Rozważywszy jednak cały przebieg stosunku łączącego mnie z nim, doszedłem do przekonania, że z Maryśki mężem inaczej postąpić nie mogłem.


wstęp - rozdziały 1-10rozdziały 11-20rozdziały 21-30 - rozdziały 31-40  - rozdziały 41-47komentarze czytelników


---------------

Wybór wspomnień.

podstrona jest częściąwww.wolyn.ovh.org

inne strony O KRESACH